Seksualność

Byłam w klubie ze striptizem

Autorstwa z dnia 13 marca 2017

Razem z partnerem i kolegą wyskoczyliśmy w niedzielę wieczorem do klubu dla dżentelmenów.

Mieliśmy trochę problemów, żeby znaleźć miejsce przyjazne paniom. Menedżerowie z pierwszych dwóch klubów byli bardzo zaskoczeni moim zainteresowaniem i podali zaporową cenę wstępu – 360 zł. Jedna z osób nawet upewniała się, czy aby na pewno wiem, co to za miejsce…

Poszczęściło nam się w trzecim miejscu. Panowie zapłacili za wejście przepisowe 50 zł od osoby, a ja musiałam postawić drinka za 120 zł jednej z zatrudnionych tam dziewczyn, co uważam za bardzo dobry deal, bo przełożyło to się bezpośrednio na pieniądze dla jednej z dziewczyn, notabene bardzo sympatycznej. (Tancerki tradycyjnie nie dostają dniówki tylko prowizje od postawionych im drinków i zamówionych prywatnych pokazów).

Z początku czuliśmy się trochę nieswojo. Obce, ciemne miejsce – tak ciemne, że menu (wydrukowane białą czcionką na czarnym laminowanym papierze) trzeba było odczytywać przy świetle świeczki. Klubowe światła tańczące po ścianach. Kanapy i stoliki pod ścianami, przestrzeń na środku pusta. Oraz obowiązkowa rurka, na której bez większego talentu wyginały się kolejno tancerki odziane w różne kuse i seksowne wdzianka. Nie wyglądało to zbyt erotycznie i nie za bardzo wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Żadne z nas nigdy nie było w takim miejscu.

Gości było zaledwie kilkoro przy zdecydowanej przewadze pań, stłoczonych gdzieś pod ścianą. Patrzyliśmy tak trochę nieporadnie po sobie, po ścianach, po nich, przeglądając w świetle świeczki menu z drinkami dla nas i dla dziewcząt. Coś tam zamówiliśmy. Podeszły do nas dziewczyny, przedstawiły się, przysiadły. Jedna z nich wzięła drinka za 120 zł (wyglądał ślicznie, ozdobiony winogronami i limonką, ale potem przekonałam się organoleptycznie, że był to zwykły sok pomarańczowy z wódką) i zaczęła ze mną rozmawiać. Mój partner i kolega też mieli swoje towarzyszki.

Ponieważ wszystkie dziewczyny ciekawiło, kim jesteśmy i skąd się znamy, nagle okazało się, że opowiadamy na trzy głosy o grupie Sex Positive Warsaw, saunach w Studio Sante i Instytucie Pozytywnej Seksualności. Moja towarzyszka, Iza, była tak zafascynowana tematem, że aż poszła po kartkę i długopis, na której napisałam jej namiary na wszystkie te miejsca. Potem wystarczało mi mówić „Iza wszystko wie, zapisałam jej”.

Szybko pojawił się jednak problem opłaty za miłe towarzystwo. Menedżerka-kelnerka (pełniąca najwyraźniej podwójną rolę) przyjaźnie acz stanowczo namawiała nas, byśmy kupili dziewczynom kolejne drinki. Rozumiałam to bardzo dobrze – bez tego marnowały swój czas – ale jako osoba, która radośnie wyszła na miasto bez torebki i bez portfela, nie miałam wiele do powiedzenia. A moi towarzysze się jeszcze nie rozkręcili. Koniec końców Iza wypiła swojego drinka i zniknęła, uprzednio robiąc smutne minki.

Chwilę później zjawiły się nowe dziewczyny: Nadia i Daniela. I one już zostały z nami do końca. Mój partner gadał z Danielą, raz po raz przemycając mi z podekscytowaniem newsy w rodzaju „ona interesuje się tym co ja!”, a Nadia, która angielski znała „very little”, z powodzeniem uprzyjemniała czas mojemu koledze (ach, tu wypada wspomnieć, że kolega pochodzi z Chin, do Polski przyjechał dwa tygodnie temu i na razie nauczył się dwóch słów na krzyż). Z moją translatorską pomocą Nadia radziła sobie doskonale, głównie z powodu swojej radosnej i promiennej osobowości.

Nadia, która jest doskonałą tancerką i absolutnie wymiata na rurce (wiruje gdzieś pod sufitem głową w dół), pokazała mi też kilka podstawowych figur i ach, ja się chyba będę tego uczyć! Pole dance poprawia figurę, trenuje mięśnie i, w profesjonalnym wydaniu, wygląda naprawdę rewelacyjnie. A ja podobno mam talent i jak na pierwsze próby, poszło mi bardzo dobrze.

Kiedy zmęczyły mi się ręce i wróciłam do stolika, z przyjemnością skonstatowałam, że obie dziewczyny dostały swoje drinki. Kolega z Chin zastanawiał się też nad pójściem we troje na prywatny show, ale Nadia wyjaśniła, że każde z nas musiałoby zapłacić 120 zł i bylibyśmy nieusatysfakcjonowani, bo dostalibyśmy tylko 1/3 uwagi. Przyznaliśmy jej słuszność i zrezygnowaliśmy.

Byłam pod ogromnym wrażeniem talentu obydwu dziewczyn do prowadzenia zajmujących konwersacji z dopiero co poznanymi ludźmi. Moi towarzysze się naprawdę wkręcili, ja też. Co jakiś czas Nadia i Daniela przepraszały nas na chwilę i pojedynczo szły tańczyć na rurce – wydaje mi się, że mają jakiś odgórny prikaz systematycznego występowania. Po każdym tańcu dziewczyny znikały na chwilę w łazience poprawić ubranie. Dowiedzieliśmy się, że to forma domknięcia występu oraz zapewnienia im bezpieczeństwa – niektórym panom na widok nagich cycków odbija palma i wyobrażają sobie, że wszystko im wolno.

Menedżerka-kelnerka czasami przychodziła zapytać, jak się bawimy i czy nie kupilibyśmy dziewczynom kolejnych drinków. Było to lekko irytujące, ale cóż, taka jej rola zawodowa. Daniela wyjaśniła nam, że jeśli menedżerka-kelnerka podejdzie trzykrotnie i za trzecim razem nadal nie złożymy zamówienia dla niej, będzie musiała sobie pójść.

Po odpoczynku chętnie kontynuowałabym lekcje pole dance, ale niestety akurat na przeciwko tej drugiej rurki, ćwiczebnej (pierwsza, lepiej widoczna, była cały czas zajęta przez tancerki) usadowiło się trzech niezbyt apetycznych kolesi i trochę poskromiło to moje zapędy. Za to trochę potańczyłam na środku sali, gdy Nadia zamówiła dla mnie „Marry the Night” Lady Gagi.

Mój partner cały czas konwersował z zafascynowaniem z Danielą (później z nią nawet zatańczył coś klasycznego), a kolega zrobił Nadii profesjonalny chiński masaż. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Nadia pracuje siedem dni z rzędu (wczoraj był siódmy dzień, więc padała z nóg), od 20 do 5, a raczej do ostatniego gościa (czyli nawet do południa), a potem siedem dni odpoczywa. Podziwiam kondycję. Imprezować całą noc, dzień w dzień, nawet przez moment nie mogąc się zregenerować, tańcząc i chodząc w niebotycznie wysokich szpilkach – ciężka sprawa.

Posiedzieliśmy tak jeszcze trochę, doskonale się bawiąc i zaprzyjaźniając z naszymi rozmówczyniami. W pewnym momencie spotkała nas niespodzianka. W klubie zrobiło się jeszcze ciemniej niż do tej pory, rozległa się spokojniejsza i bardziej zmysłowa muzyka, a wszystkie dziewczyny zaczęły tańczyć prywatne tańce dla swoich rozmówców. Dziewczyny nie zaniedbały również mnie. Korzystając z tego, że też mam cycki i biodra, odwzajemniłam niektóre ruchy. Było zabawnie. Jeszcze śmieszniej było, jak po złożeniu zamówienia na drinka dla mnie („to samo”) dostałam… to, co dziewczyny. Śmiechom nie było końca.

W końcu trzeba było jednak iść. Obiecałam Nadii, Danieli i Paulinie – menedżerce-kelnerce – że spróbuję jeszcze kiedyś wyciągnąć moich towarzyszy na takie nocne imprezowanie. Coś mi jednak mówi, że będzie ciężko. Te drinki były upiornie drogie. Nic dziwnego – to z nich utrzymuje się cały biznes. Oczywiście są jeszcze prywatne pokazy artystyczne (niektóre z nich kosztują kilkanaście tysięcy złotych!), ale nie widziałam, by ktokolwiek się na nie skusił.

Koniec końców, mamy jednak wspomnienie przemiłego wieczoru. I wreszcie wiem, jak to jest w klubie dla dżentelmenów!

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Fajna przygoda, choć dla mnie takie kwoty są nierealne, żyje w innym świecie 🙂

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Prowadzę dwa blogi: profesjonalny (noemi.help) i osobisty (noemi.life). Tu piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa