Żyć mimo depresji

Codzienne życie z chorobą psychiczną

Autorstwa z dnia 24 października 2016
Mówi się czasem, że z chorobą psychiczną można wieść życie jak każdy, ale rzadko mówi się jak to życie wygląda i dzięki czemu jest możliwe. Dlatego dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o mojej codzienności z dwubiegunówką.

Zanim jednak do tego przejdziemy, nadmienię, że nie ma jednej słusznej definicji zdrowia psychicznego i że eksperci zgadzają się co do tego, że zdrowie psychiczne nie jest przeciwstawne do zaburzenia.

Jako smakuje zdrowie… psychiczne?

Wikipedia tłumaczy, że brak rozpoznania choroby psychicznej nie oznacza jeszcze zdrowia psychicznego, ale równie dobrze można powiedzieć, że rozpoznanie choroby nie oznacza braku zdrowia.

Zaskoczeni?

Każdy człowiek inaczej definiuje zdrowie, na co poniekąd zwracał uwagę już Kochanowski: nikt się nie dowie jako smakujesz aż się zepsujesz. On sam zdrowie definiował potocznie, jako brak choroby, jednak pisze tu również o naszej niemożności dookreślenia, czym zdrowie właściwie jest.

Obecnie mówi się najczęściej o pełnym dobrostanie fizycznym, psychicznym i społecznym, ale czym ten dobrostan jest? To już bardzo subiektywne odczucie! Czy osoba żyjąca na co dzień z cukrzycą albo poruszająca się o kuli może czuć się zdrowa? Jak najbardziej tak, ma do tego prawo! Chyba że ma akurat gorszy dzień.

Ja też mam lepsze i gorsze dni. Kiedy jest lepiej, łykam tabletki trzy razy dziennie i to wszystko. Moje nastroje i sposób myślenia kształtują się tak, jak u każdego zdrowego człowieka. O wszystkim decyduje moja osobowość i charakter – to, jakim jestem człowiekiem – a nie choroba. Chętnie oglądam thrillery, śmieję się ze zdjęć z psocącymi kotami, lubię się uczyć i podróżować, a także pić słodką kawę z mlekiem. Rozwiązuję swoje problemy, mam zainteresowania, dbam o siebie.

Cztery oblicza mojej dwubiegunówki

Gorsze dni dzielą się na cztery rodzaje: depresyjne, rozdrażnione i hipomaniakalne oraz lękowe. Zaznaczam, że – ponieważ jestem na lekach – nigdy nie osiągam skrajności.

Depresyjne, najbardziej popularne: budzę się i nic mi się nie chce. Nawet jeśli akurat świeci słońce, to w moim świecie jest szaro i ponuro. Brakuje mi energii do życia i działania, nic nie wzbudza mojego entuzjazmu i tak przez wiele godzin (niekiedy z poprawą pod wieczór). Czas spędzam mało produktywnie. Mały problem urasta do rangi życiowej katastrofy, a ja czuję się całkowicie bezradna. Przeważnie równocześnie mam dzień lękowy.

Moim rekordem z czasów bez leków było oczywiście bezproduktywne leżenie całymi dniami w łóżku przed ekranem monitora. Będąc na lekach, mam mniej produktywne dni i popłakuję w słuchawkę.

Rozdrażnione: dzień zaczyna się ok, ale nie radzę sobie z irytacją. Ghrr! Jestem zła i na siebie, i na świat. Jak on mógł o mnie nie pomyśleć! Wybucham pretensjami i mam tendencje do obwiniania się/kogoś o drobiazgi. Jeśli sprawa ma wiele stron i wystarczą dobre intencje, żeby dostrzec pozytywy, to mnie ich brakuje i widzę tylko wady i złą wolę. Powarkuję na otoczenie. Przeważnie nie zdaję sobie sprawy, że to kwestia mojego nastroju – wydaje mi się, że moje myślenie jest jak najbardziej uzasadnione. Potem najczęściej muszę przepraszać i odkręcać. Rozdrażnienie koreluje z negatywnymi wydarzeniami w życiu, więc na ogół mam wrażenie, jakby świat się na mnie uwziął.

Moim rekordem z czasów bez leków było rzucanie przedmiotami, ale bez świadków i tak, żeby niczego nie uszkodzić. Będąc na lekach, wstaję z łóżka lewą nogą.

Hipomaniakalne, czyli najbardziej zdradzieckie: jest dobrze! Mam świetny pomysł, wszystko mi się układa, świat mnie kocha, na pewno dam sobie ze wszystkim radę! To stan, w którym wyolbrzymiam własne zasoby i nie dostrzegam żadnych minusów. Mogę na przykład nieracjonalnie wydawać pieniądze (yay, kolejna niezbędna mi książka o seksie/rozwoju osobistym!) albo brać na siebie wiele zleceń. Potem tylko okazuje się, że trochę się przeliczyłam… Hipomanie są generalnie fajne, ale nie myśli się wtedy, że kiedyś trzeba za nie zapłacić. W hipomanii żyje się tak, jakby wszystko było w zasięgu sił, bezpieczne i za free. A tak nie jest.

Moim rekordem z czasów bez leków było zaklinanie się, że zaraz założę z koleżanką Wielki Biznes i będę Trzepać Kasę, więc teraz potrzebuję tego, tego i tego, i jeszcze tego, a te inwestycje już wkrótce mi się zwrócą. Pomysły na WB się regularnie zmieniały, więc lista wydatków nie miała końca. Oczywiście nikt mi wtedy nie powiedział „słuchaj, idź ty wreszcie do lekarza, bo bredzisz”.

I lękowe: aa, świat jest taki wielki i groźny, a czynności takie skomplikowane i ta pani z okienka pewnie będzie na mnie krzyczeć, jeśli powiem, że czegoś nie rozumiem, a ten pan to pewnie gwałciciel. W stanie lękowym asertywność i spokój przychodzą mi z trudem: boję się konfliktów, obcych ludzi, wielkich przestrzeni, samotności i ciemności.

Moi rekordem z czasów bez leków było czekanie z wyjściem ze śmieciami do zsypu (zlokalizowanego  na tym samym piętrze po drugiej stronie niedużej klatki schodowej) aż przyjdzie moja przyjaciółka, żeby w razie czego mogła mnie uratować przed nieokreślonym zagrożeniem, a także atak paniki podczas wizyty pani sczytującej liczniki (nie zauważyła). Będąc na proszkach, radzę sobie z lękiem – po prostu niektóre czynności, takie jak załatwianie spraw urzędowych albo powrót do domu przez ciemny park nocą, wiążą się dla mnie ze stresem.

Okulary dla chorujących psychicznie

Mówiąc już teraz ogólnie, choroba psychiczna wykrzywia obraz świata. Jest on bardziej przygnębiający, przerażający, wrogi lub pozbawiony jakiegokolwiek ryzyka (ewentualnie, jeśli ktoś ma psychozy, dzieją się w nim różne dziwne rzeczy). Człowiek chory rozumuje i przeżywa świat inaczej niż inni, mniej lub bardziej tracąc kontakt z rzeczywistością. Ponieważ świat jest odmieniony, chory inaczej też widzi i przeżywa samego siebie, na przykład w depresji uważa się za nieudacznika (bo życie to wtedy pasmo porażek).

Ponieważ jestem krótkowidzem, porównuję zaburzenia psychiczne z wadą wzroku: świat jest Inny niż jest i to upośledza funkcjonowanie w nim. Przy czym w chorobie psychicznej ten świat wykrzywia się rozmaicie, jednego dnia jest bardziej taki, drugiego dnia bardziej siaki. Trudno na przykład o stabilny obraz siebie.

Przy wadzie wzroku niezastąpione są okulary albo – jeszcze lepiej – szkła kontaktowe. A przy chorobie psychicznej? Oczywiście wspominane już wielokrotnie leki, one są absolutną podstawą. Ale nie tylko to mamy do dyspozycji.

Drugim nieodzownym czynnikiem jest wgląd w chorobę, czyli po prostu świadomość, że ponieważ jest się chorym, to należy skorygować to, co się widzi i rozumie swoim wadliwym mózgiem, a w razie potrzeby łyknąć jeszcze jedną tabletkę. Wgląd w chorobę daje możliwość spojrzenia na świat i siebie samą jeszcze raz, tym razem z krytyczną poprawką. Czyli na przykład „nie jestem nieudacznikiem, tak mi się tylko wydaje, bo mam dziś stan depresyjny, ale tak naprawdę całkiem nieźle radzę sobie w życiu, a porażki zdarzają się każdemu”.

Jest jeszcze trzeci czynnik. To pomoc kogoś, kto widzi świat normalnie i może się podzielić swoim spojrzeniem. Mam przyjaciela (bezcennego!), do którego mogę zadzwonić z prośbą o zinterpretowanie mi rzeczywistości albo oznajmienie mi, czy naprawdę potrzebuję tego sprzętu AGD.

Lista nie byłaby kompletna, gdybym nie wspomniała o psychoterapii i rozwoju osobistym, które pozwalają zmienić sposób myślenia oraz styl życia. To psychoterapia najczęściej pozwala nabyć wgląd w chorobę. Po spędzeniu setek godzin na pracy nad sobą, obecnie dbam o siebie znacznie bardziej niż kilka lat temu, mam też nieco mniej toksyczne schematy w głowie. Dawniej na przykład byłam chorobliwie ambitna, co nigdy nie jest OK, ale szczególnie ssie wtedy, gdy stan zdrowia nie pozwala na realizowanie ambicji. Teraz spokojnie i w swoim tempie dążę do wyznaczonych celów. Czasami jest łatwiej, czasami jest trudniej. Wciąż zdarza mi się, że złoszczę się na siebie, na swoje „lenistwo”, bo przecież taka Kamila Rowińska dała radę osiągnąć wiele pomimo nowotworu piersi! Ale potem przypominam sobie, że przecież ja też robię dużo rzeczy pomimo choroby – i to jest najważniejsze, to o to chodzi. O życie pomimo ograniczeń, a nie o ściganie się.

Normalne życie jest w zasięgu wielu ludzi chorujących psychicznie. Click To Tweet

Potrafimy trzeźwo oceniać sytuację, pracować, uczyć się, żyć w związku. Choroba psychiczna to naprawdę nie wyrok. Czasami potrzebujemy pomocy albo trochę wiary w nas i nasze siły, niekiedy bywa, że ktoś musi iść na jakiś czas do szpitala albo zwolnić obroty, ale jakość naszego życia może nie odbiegać od jakości życia innych ludzi.

Dlatego na ogół czuję się zdrowa, dlatego mam plany jak każdy, dlatego nadal trzymam się swoich celów, dlatego nadaję się do pracy z ludźmi. Dlatego nie daję się przeciwnościom losu. Zdrowie jest w zasięgu ręki – wystarczy je troszkę przedefiniować.

Lajf is good. Przeważnie.

ca75eb58c313ec845d4830e09881151f

(autor nieznany)

TAGI
PODOBNE WPISY
  • A czy leki, które bierzesz, mają jakieś odczuwalne dla Ciebie skutki uboczne (o ile możesz o tym napisać, rzecz jasna)?

    • Jasne. Zwolnienie działania mózgu (w hipomanii działał ekspresowo i operowałam na bardzo wysokich poziomach abstrakcji, teraz czuję się tępa; z drugiej strony, nie mam przez to gonitw myślowych, a ludzie wokół rozumieją moje skojarzenia), pogorszenie pamięci (wolniej się uczę i częściej coś mi ulatuje) oraz zmiana metabolizmu: zawsze byłam szczuplusieńka, wszyscy mi zazdrościli, a teraz po raz pierwszy pojawił mi się brzuszek i muszę zacząć dbać o figurę, żeby ją zachować. Poza tym mam nieznacznie podwyższony poziom prolaktyny. Dodałabym jeszcze to, że muszę dużo spać, ale już wcześniej miałam w życiu okresy, kiedy spałam po 9-11 godzin, więc nie wiem, czy to się kwalifikuje jako skutek uboczny, czy jako cecha indywidualna. Na szczęście nie są to boleśnie odczuwalne zmiany. Korzyści jest znacznie więcej.

  • W chorobach psychicznych najgorsze jest to, że choremu trudno zobaczyć, że jest chory, że coś jest nie tak i zacząć leczenie :). Zachowanie wydaje się uzasadnione, więc co tu leczyć?! Wiem z własnego doświadczenia :).
    Ważne, żeby dzwonić do przyjaciela i ufać mu na tyle, żeby dostosowywać się do tego, co mówi :). I żeby zauważyć, że to już ten czas, by do niego zadzwonić ;).

    • O tak, to ostatnie wciąż bywa wyzwaniem. A jak kilka lat temu koleżanka zaproponowała mi psychiatrę, to ja „coś ty, do psychiatry? to przejściowy kryzys, radzę sobie świetnie!”. Dwa miesiące później – łubudum! i do łóżeczka, a potem rok rekonwalescencji. Mogłam tego uniknąć.
      Nauczenie się wglądu w chorobę i w ogóle pogodzenie z faktem choroby (i to jeszcze nieuleczalnej) jest najgorsze. Potem to już z górki.

  • Wow, jestem pełna uznania Twojego wpisu! Wpisuje mi się we wszystko, co wiem i wierzę, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, zaburzenia i sposoby radzenia sobie z nimi. Super, że mówisz otwarcie o swojej chorobie i pokazujesz, że to nie wyrok, bo można z nią żyć na zadowalającym poziomie. Tak, te trzy czynniki są niezbędne i kluczowe. Chcę więcej takich świadomych ludzi 😉

  • zaciekawiony

    Kiedyś przydarzył mi się dziwny przypadek, gdy z powodu, jak sądzę, emocjonalnej ekscytacji planowanym spotkaniem z ciekawym człowiekiem, które on później odwołał, pojawiało się u mnie niepokojące wrażenie, że oto ktoś dziwnie na mnie patrzy, że pewnie coś wie i chce mi zaszkodzić, że ktoś zaczął nagle tajemniczo z kimś rozmawiać i że rozmawiają przy tym o mnie, że w pracy przestała na dzień, dwa działać sieć i twierdziłem, że to z mojego powodu. Ten stan pobudzenia rozbieganymi myślami, nie potrafiłem go wtedy i teraz inaczej zdefiniować, utrzymywał się przez kilka dni, trzy-cztery. Nigdy więcej nic podobnego mi się nie przytrafiło. Czy zatem jestem/byłem chory czy zdrowy? Pewnie odpowiedni lekarz wykryłby coś u mnie. Szczególnie gdybym był mocno przekonywujący. Sam się często zastanawiam, co to w ogóle znaczy zdrowie, dobrostan, norma zdrowotna? Sądzę, że nasz umysł i jego plastyczne reakcje na różnorodne bodźce środowiska, ukształtowała ewolucja. A że niekiedy próg pobudzenia jest przekraczany, gdy umysł jest bombardowany wieloma doświadczeniami i sygnałami za pośrednictwem wielu zmysłów, to zaczyna działać w sposób zintensyfikowany i wkracza w nowy stan, którym właśnie po to zostaliśmy obdarzeni, by sobie z czymś takim, z natłokiem informacji odbieranych ze środowiska, skutecznie poradzić i dokonać szybkiego, nowego, zaskakującego wyboru w obliczu gwałtownie zmieniającej się wokół nas sytuacji.
    Jednocześnie sądzę, że uświadomienie sobie i zrozumienie podobnych zjawisk i mechanizmów, którymi charakteryzuje się nasz umysł, że również inni mogą im podlegać, powoduje, że możemy postrzegać ich w szerokim humanistycznym sensie oraz, że może to nas uczyć wrażliwości i tolerancji. Nawet tak, że „nic co ludzkie, nie jest mi obce”.
    Kiedyś byłem z wizytą u psychologa, takiego, śmiem myśleć, który nie dawał żadnych przesłanek co do stanu jego zdrowia, słusznie zresztą. I zawiodłem się. Odniosłem wrażenie, że poziom jego kompetencji zawodowych, poznawczych, czy interpersonalnych był… żenująco niski. Gdybym miał znów szukać kogoś, u kogo mógłbym zasięgnąć porady co do dobrostanu czy rozwoju osobistego swojego lub kogoś bliskiego, zdecydowanie zwróciłbym uwagę na kompetencje kogoś, kto podobnych stanów umysłu doświadczył, przeżył, zdiagnozował u siebie lub przezwyciężył. O ile bym mógł się o tym dowiedzieć, rzecz jasna. Bo najprawdopodobniej bym wyłącznie… obserwował.

    • Fascynująca historia z tą kilkudniową psychozą, dziękuję, że się nią podzieliłeś! Tak, zdrowie jest bardzo ciekawym i skomplikowanym zagadnieniem… a mnie psychozy włączały się, zdaniem psychiatry, właśnie jako mechanizm przystosowawczy przy źle dobranych lekach…
      Sporo psychologów się do niczego nie nadaje, niestety 🙁

  • Roman Sidło

    Przyznam, że czytałem z zaciekawieniem do ostatniego akapitu. Czasem sam o sobie myślę, że jestem nie tyle zdrowy, co wciąż niezdiagnozowany.

  • Chciałbym, żeby wszyscy chorzy mieli taki wgląd w swój stan, świadomość swojego zdrowia i choroby, umiejętność wyłapywania mechanizmów… to bardzo ułatwia możliwość czucia się zdrowym mimo zdiagnozowanej choroby 🙂 A niestety nie wszyscy mają taką samoświadomość.

  • Jest to bardzo skomplikowane schorzenie i ciesze się, że je opisałaś! Najważniejsze jest tak jak wspomniałaś zrozumienie swojej przypadłości i oswojenie jej 🙂 fajnie, że masz przyjaciela, który pomaga Ci zinterpretować sytuacje, taka osoba to skarb! Raptem kilka dni temu wspomniałam na blogu, że osoby z pewnymi schorzeniami i/lub niepełnosprawne dzielą się takimi historiami, nie dla mody, czy popularności, lecz właśnie by pokazać światu, że umiemy radzić sobie z życiem „mimo wszystko”.

    Pozdrawiam 🙂

    • Rzeczywiście, zajrzałam i skomentowałam. Mam trochę zaległości w czytaniu Twojego bloga, ale bardzo Cię cenię i miło mi gościć Cię u siebie! Mam nadzieję, że będziesz jeszcze czasem zaglądała 🙂

  • zaciekawiony

    Jeśli nie jest w zwyczaju zamieszczać na blogach linki do artykułów prasowych, to proszę o usunięcie mojego komentarza. Natknąłem się na taki oto artykuł w gazecie wyborczej http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20928745,zycie-z-choroba-dwubiegunowa-w-manii-wierzylam-ze-kieruje.html#TRwknd i polecam jego lekturę wszystkim zainteresowanym.

    • Fantastyczny artykuł! Przeczytałam i również go gorąco rekomenduję, bardzo dobrze przybliża realia tej choroby.
      Dzięki za linka!

  • Jestem Ci bardzo wdzięczna i pełna szacunku za ten tekst. Wspaniale, że mówisz o swojej chorobie głośno. Dobrze pamiętam swoje początki „przygody” z zaburzeniami nastroju – w moim przypadku to był akurat tylko jeden, depresyjny biegun. Mimo całej swojej tolerancji, otwartości i generalnie bardzo ładnych ogólników na temat zaburzeń psychicznych, byłam zażenowana tym faktem, czułam się słaba i długo nie podzieliłam się wiadomością o swoim stanie nawet z najbliższą rodziną – nawet dla mnie choroba była swego rodzaju stygmatem. Teraz oczywiście patrzę na to zupełnie inaczej, ale po pierwsze jestem o kilka lat starsza, po drugie na własnej skórze przekonałam się o dobroczynnych skutkach terapii, po trzecie – sama chcę związać ze wsparciem psychologicznym swoją przyszłość, więc opowiadanie o historii choroby traktuję też jako formę psychoedukacji 😉 To bardzo odważne, że podzieliłaś się publicznie swoimi doświadczeniami – wierzę, że dodasz w ten sposób odwagi wielu osobom, które też zmagają się z CHAD. Dzięki za to, a ja trzymam za Ciebie kciuki i życzę Ci, byś jak najczęściej czuła się w pełni zdrowa w tym WHO-wskim, idealnym sensie 😉

    • AWWW, dziękuję Ci za ten komentarz!!!
      I miło mi Cię gościć u siebie 🙂

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa