Żyć mimo depresji

10 rzeczy, których nauczyłam się o chorobie afektywnej dwubiegunowej przez ostatnie 3 lata

Autorstwa z dnia 27 września 2016
Dokładnie trzy lata temu byłam u progu załamania psychicznego. Mimo sugestii koleżanki-psychologa nie chciałam udać się do psychiatry, „bo jeszcze nie jest aż tak źle, żebym potrzebowała”. Ciągnęłam ostatkiem sił, ale roiło mi się, że mam nad wszystkim kontrolę i jeszcze moment, a wszystko się ułoży.

Kilka tygodni rozpaczliwej walki z depresją później wylądowałam w łóżku, niezdolna do czegokolwiek poza oglądaniem kolejnych odcinków seriali i czatowania przez komunikatory. Każda inna czynność była przeraźliwie męcząca, stresująca lub oba naraz. Bałam się na przykład wyjść sama na korytarz wynieść śmieci do zsypu, a miła pani od liczników przyprawiła mnie o palpitacje serca. Spałam w najdzikszych możliwych godzinach. Całkowicie utraciłam wiarę w siebie. Gdyby nie internetowe wsparcie M. oraz kolegi z podobnymi problemami oraz cotygodniowe wizyty mojej ówczesnej przyjaciółki, prawdopodobnie nie dożyłabym do końca roku.

Do mojego mózgu nareszcie przedostała się informacja, że potrzebuję pomocy psychiatrycznej. Ale pojawił się pewien problem. Otóż mój ukochany psychiatra, którego się nie bałam i do którego miałam zaufanie, że odróżnia dwubiegunówkę od zwykłej depresji, więc dobierze mi właściwe leki, był przeciążony. Nowych pacjentów – a w tej poradni liczyłabym się jako nowa – przyjmował dopiero od Nowego Roku. Właśnie rozkręcał się listopad… Kilkakrotnie przejrzałam ofertę prywatnych lekarzy, ale żyłam z resztek moich oszczędności i na myśl, że miałabym wydać 20% mojego miesięcznego budżetu na wizytę lekarską, robiło mi się słabo. I tak ledwo wiązałam koniec z końcem.

Czekałam więc do Nowego Roku, umilając sobie czas przeglądaniem książek o chorobie afektywnej dwubiegunowej dostępnych na Amazonie (po polsku nic nie było, nic!). W końcu nawet wybrałam jedną, ale kosztowała jakoś strasznie dużo dolarów. Krążyłam wokół niej kilka tygodni, aż w końcu ją kupiłam. W Sylwestra. Stada moich tak zwanych znajomych świętowały, a ja czytałam e-booka o bipolarze na moim wieszającym się, przestarzałym telefoniku.

W lutym sprawy jakoś ruszyły do przodu. W moim życiu pojawili się kolejni ludzie, którzy bardzo mi pomogli. Doczekałam się wizyty u zaufanego psychiatry, dostałam leki na rozbieg (za mało i za słabe, ale zawsze coś) oraz rozpoczęłam psychoterapię. Pomimo piętrzących się trudności i odkrycia, że niektórzy znajomi ochoczo wykorzystują moją słabość, a inni nie rozumieją, że choroby psychiczne wiążą się z gorszymi dniami, wiosną wreszcie zaczęłam dochodzić do siebie.

Stanięcie na nogi zajęło mi mniej więcej dwa lata, a odzyskiwanie życia, jakie chciałabym mieć, trwa nadal. Rekonwalescencja po aż takim kryzysie, rozlewającym się na wszystkie aspekty bytowe (od globalnego wycieńczenia organizmu, poprzez wszystkie funkcje poznawcze, aż po każdą strefę życia), to odbudowanie się na nowo. W pewnym sensie nadal jestem, rzecz jasna, osobą sprzed kryzysu. Ale tuż przed położeniem się do łóżka otaczali mnie niemal zupełnie inni ludzie; nie ma relacji, która nie uległaby jakiejś zmianie. Zmienił się też mój światopogląd. I postawy życiowe. Zrezygnowałam z bycia działaczką społeczną, zmodyfikowałam swoje ambicje, utemperowałam pracoholizm. I tak dalej.

Tak więc czego się nauczyłam?

1. Zdrowie psychiczne to absolutny priorytet

Obecnie, jeśli mam 200 zł do nie-wiem-kiedy (ach, te uroki życia na własny rachunek), a psychicznie coś mi się rypie albo kończą się leki, albo z innego powodu powinnam iść do psychiatry, idę. Idę prywatnie, łapiąc pierwszy możliwy termin. Bulę 75% mojego majątku za dostępność i za jakość usługi, a cała reszta mojego majątku idzie na leki.

Czemu?

Proste. Bez dobrze dobranych leków funkcjonuję gorzej/wcale, czyli błyskawicznie tracę zdolność do pracy, a zatem nie zarabiam już pieniędzy. Zainwestowawszy cały majątek w swoje zdrowie, mam pewność, że inwestycja zwróci się w postaci szybkich dochodów (i braku cierpienia). Gdybym dalej działała tak, jak trzy lata temu, czyli traktowała psychiatrę jako dobro luksusowe, dostępne tylko w najbardziej pomyślnych czasach, te najbardziej pomyślne czasy zdarzałyby się… cóż. Nigdy.

2. Trzeba mówić psychiatrze o wszystkim

Nie chciałam powiedzieć psychiatrze o urojeniach i halucynacjach, które miewałam pięć lat temu, bojąc się, że to mi jakoś zaszkodzi. W efekcie lekarz nie miał pełnego wglądu w moją chorobę. Nawet nie to, że przepisywał mi nieskuteczne leki – urojenia i halucynacje były efektem ubocznym źle dobranych leków! Ja się bałam diagnozy schizofrenii, a tu okazało się, że wystarczy nowa recepta. Lol.

Warto wiedzieć, że psychiatrę obowiązuje tajemnica lekarska. Psychiatrycznie leczy się mnóstwo ludzi, którym to mogłoby jakoś zaszkodzić i dlatego na przykład w poradniach psychiatrycznych pacjentów najczęściej wywołuje się po imieniu, a nie po nazwisku. Dyskrecja w tym zawodzie jest niezwykle ważna i to, co powie się w klinice zdrowia psychicznego, nie wychodzi poza nią.

Jeżeli pomija się jakieś – własnym zdaniem nieistotne lub zagrażające – fakty, to lekarz nie będzie mógł właściwie zdiagnozować problemu i nie dostaniemy leczenie skrojone dla kogoś o innym spektrum objawów.

3. Jeżeli jest się chorym, leki to konieczność

Do kryzysu doprowadziłam się, bo nie podobały mi się skutki uboczne leków. Były źle dobrane (patrz powyższy punkt) i zauważyłam, że jeśli ich nie wezmę, czuję się lepiej. „Lepiej”, czyli bardziej tak, jak chciałabym się czuć.

Pamiętam, że byłam trochę zdziwiona, kiedy leki zaczęły działać prawidłowo. Chorowałam od tak dawna, że nie rozpoznałam przejawów zdrowia. Wydawało mi się… dziwne. Naprawdę tak mam myśleć? A ja bym wolała inaczej! Nie da się? Oj…

Mimo wszystko dzielnie łykałam dalej tabletki. Taki lajfstajl. Jedni łykają proszki na nadciśnienie, inni na dwubiegunówkę. W końcu przywykłam. I do tego, co podobno jest zdrowiem, i do sięgania po leki. Powoli uczę się nawyku „jest kryzys – biorę proszek”. O dziwo, zawsze działa. Zawsze.

4. Postawienie właściwej diagnozy i dopasowanie leków zajmuje czas

Od prawie dwóch lat jestem na tej samej mieszance leków. Biorę je o starannie wyznaczonych godzinach (khem, khem), czasami zwiększając dawki – jednorazowo (z powodu jakiegoś wydarzenia) lub na jakiś czas (z powodu zmiany pory roku, bo moja dwubiegunówka ma charakter sezonowy).

Eksperymentowanie z lekami trochę trwało. Pierwszą wizytę u lekarza zaliczyłam w 2004 roku, kolejną w 2010 roku. Od tego czasu przez moją apteczkę przewinęło się kilkanaście proszków. Skromnie, porównując z niektórymi pacjentami. Ale tak już jest z psychiatrią. Tak naprawdę mało wiemy o mózgu, a dodatkowo na spektrum dwubiegunówki mieści się mnóstwo ludzi z unikalnymi objawami. Każdy jest inny. Każdy potrzebuje indywidualnie dobranych leków. Dlatego lekarz, na podstawie wywiadu (i własnej wiedzy) dobiera pierwszy lek i sprawdza efekty. Jeśli coś nie działa – należy to zgłosić, żeby mógł dokonać poprawek. I tak do skutku. Eksperymenty, eksperymenty…

Rok temu trafiła mi się lekarka, która okazała się niekompetentna. Powiedziała, że w dwubiegunówce nie mogę brać klasycznych antydepresantów. No teoretycznie tak. Ale moja psychika chyba o tym nie słyszała. Bez mojej kochanej różowej tableteczki jestem nie do życia. Tak więc czasami trzeba wyjść poza szablon. A jeśli lekarz tego nie umie – zmienić lekarza.

5. Nie warto poświęcać zdrowia dla napadów geniuszu

Kiedy nie brałam leków, znacznie częściej miewałam genialne pomysły. Łatwiej myślało mi się abstrakcyjnie i byłam w stanie operować w umyśle na bardzo złożonych tezach. Miewałam też stany, kiedy mój mózg przyspieszał tak, że miałam tysiąc pomysłów na godzinę, z czego wiele bardzo dobrych.

Ta błyskotliwość była, niestety, objawem choroby. W dwubiegunówce, w stanach (hipo)maniakalnych i mieszanych (czyli kiedy łączą się objawy manii i depresji), myśli potrafią zapieprzać lepiej niż samochód wyścigowy, operując na najbardziej nieoczekiwanych skojarzeniach. Łączy się to jednak z gonitwami myślowymi w czasie, kiedy chciałoby się wreszcie zasnąć, urojeniami, halucynacjami i, najzwyczajniej w świecie, skrzywionym obrazem świata, którego nie sposób racjonalnie ocenić. Poza tym chory mózg rzadko działa tak, jakby się chciało. Nie ma, że o 12 siadasz przy kompie i jesteś geniuszem, o 13 krytycznie wybierasz jeden dobry pomysł i realizujesz plan, a o 22 mózg idzie spać. Nie – w chorobie jesteś niewolnikiem swoich objawów, które wprawdzie czasami działają na Twoją korzyść, ale przez większość czasu wymykają się spod kontroli. To było bardzo frustrujące i łączyło się z niestabilną samooceną, brakiem minimalnej chociaż regularności i niemożnością realizowania jakichkolwiek długoterminowych planów.

Teraz moje życie jest znacznie bardziej przewidywalne. Czasami tęsknię za momentami geniuszu, kiedy męczę się z czymś, co dawniej wykombinowałabym w mgnieniu oka, ale lepiej mieć mózg działający stale na czwórkę (czasami z plusem, czasami z minusem) niż skaczący od szóstki do jedynki.

6. Trzeba się choć trochę znać na własnej chorobie

Podstawą leczenia dwubiegunówki, poza dobraniem właściwych leków, jest nauczenie się życia z chorobą. To bywa trudne, bo bipolar jest kapryśny i zmienny jak morze. Jednego dnia górka, kolejnego dołek, a kiedy wydaje Ci się, że wszystko jest OK, okazuje się, że masz stan mieszany, czyli depresję i hipomanię w jednym. Żeby móc prowadzić normalne życie, konieczna jest nauka nawigowania pomiędzy objawami. A do tego trzeba się trochę wysilić. Dokształcić się – z teorii i z samego siebie.

Sama jestem wyjątkowo uprzywilejowana, bo mam przyjaciela, który uważnie monitoruje mój nastrój i w pewnym sensie zna mnie lepiej niż ja sama. Pewne rzeczy robi za mnie. Generalnie jednak w chorobie afektywnej dwubiegunowej potrzebny jest wgląd w siebie. Choroba najczęściej nie atakuje znienacka: depresja czy (hipo)mania narasta. Jest trigger, czyli czynnik, który wywołuje pogorszenie funkcjonowania, i są znaki ostrzegawcze. Jeśli się na siebie uważa, można zauważyć pewne prawidłowości. Przykładowo na przełomie starego i nowego roku wydarzyło się coś przykrego w moim życiu, osłabło moje wsparcie oraz nagle przyszła zima. Taka prawdziwa, ze śniegiem i mrozem. Osłabienie psychiki, pogorszenie warunków pogodowych à kryzys. I nagle Noemi nie wstaje z łóżka. Jak się już wie, na co uważać, jest to logiczne i można szybko zainterweniować. Skontaktować się z lekarzem, zmienić lek albo dawkę leku. W tym roku na pewno rozważę zwiększenie dawki antydepresanta gdy tylko zaczną się mrozy. Być może trzeba będzie też reagować na nadejście zimnej jesiennej pluchy.

Dużo osób z dwubiegunówką robi wykresy nastroju i postanowiłam do tego wrócić w moim nowym kalendarzu. Mam w nim: godziny wstania i godziny pójścia spać, czy regularnie brałam leki, jak wyglądał mój dzień i jak go oceniam. To może być pomocne.

Znajomość siebie i choroby pomaga także w rozmowie z lekarzem. Dużo lepiej wiadomo co i jak mówić, oraz czego się po psychiatrze spodziewać.

7. Bipolary SĄ niepełnosprawne

Dawniej byłam wobec siebie terrorystką, notorycznie łamiącą własne prawa człowieka. Między innymi negowałam swoją niepełnosprawność. Kiedy pięć lat temu psychiatra poruszył ten temat na N, przestałam do niego przychodzić. Upierałam się, że nie potrzebuję wsparcia czy przywilejów i udowadniałam na siłę, że mogę wszystko, co może zdrowy człowiek – co oczywiście kończyło się tragicznie. Zupełnie jakbym próbowała biegać ze złamaną nogą.

Obecnie coraz częściej respektuję swoje specjalne potrzeby i żyję w zgodzie z chorobą. Jeżeli danego dnia nie mogę pracować – biorę sobie wolne. Być może mniej zarobię, ale przynajmniej nie zrobię sobie dodatkowej krzywdy. Jeżeli jakiś człowiek źle na mnie działa – nie upieram się (aż tak) przy kontakcie z nim.

Nadal się tego uczę, ale nie sposób nie zauważyć, że im bardziej troszczę się o siebie, tym lepiej funkcjonuję.

8. Warto mieć dystans do swojej choroby

Oswojona choroba jest mniej straszna. Ale nie tylko o to chodzi. Dystans ułatwia prawidłowe funkcjonowanie. Przykładowo wiem, że podejmuję spontanicznie różne dziwne decyzje. Spontaniczność jest cechą mojego charakteru, ale dwubiegunówka ma na nią dodatkowy wpływ. Czyli czasami spontanicznie podejmuję racjonalne i dobre decyzje, a czasami kieruję się myśleniem wielkościowym lub innym chorobowym mechanizmem, który sprawia, że źle oceniam sytuację.

Żeby nie wplątać się w coś ponad moje siły czy kolidującego z moimi planami, przed podjęciem ostatecznej decyzji przeważnie konsultuję ją ze zdrowym psychicznie przyjacielem. To trochę tak, jak w „Pięknym umyśle”, gdzie główny bohater sprawdzał, czy nowopoznana osoba istnieje naprawdę, pytając kogoś innego, czy też ją widzi. Ja sprawdzam, czy drugi człowiek uważa moje postrzeganie sytuacji za mieszczące się w granicach mojej zdrowej normy.

Chociaż i tak czasami robię po mojemu.

9. Zdrowy styl życia

Oj, z tym mam wciąż problem. Zapominam o jedzeniu, odkładam pójście spać, nie chce mi się pójść ćwiczyć… Ale to ważne.

Objawy choroby są wrażliwe na styl życia chorego – im gorzej żyję, tym większe prawdopodobieństwo, że mój nastrój wymknie się spod kontroli. Szczególnie ważny w profilaktyce kolejnych epizodów choroby afektywnej dwubiegunowej jest sen i muszę przyznać, że ostatnio coraz rzadziej śpię w dziwacznych godzinach. Ale postępy robię powoli.

Za to coraz rzadziej jestem zawalona pracą i dosyć starannie unikam stresujących sytuacji i osób.

10. Z przewlekłą chorobą można żyć

Na początku rekonwalescencji moje życie było w ruinie, a ja nie miałam siły na nic. Wykonywałam mało ambitne prace, nie byłam w stanie skoncentrować się na tekście dłuższym niż strona, bałam się wychodzić z domu. Życie w zgodzie z chorobą wymagało wielu poświęceń. Trwało to wiele miesięcy i wydawało mi się, że tak już będzie zawsze. Jednak z czasem zaczęłam czuć się coraz lepiej i podejmować coraz śmielsze wyzwania, takie jak samodzielnie zorganizowany wyjazd do innego miasta czy wystąpienie publiczne. Z czasem odzyskałam dawną formę. Oczywiście muszę na siebie uważać bardziej niż inni, zdrowi ludzie, ale nie muszę rezygnować z marzeń. Co najwyżej zrealizuję je trochę inaczej niż chciałam. I niekoniecznie wszystkie od razu. Mam całe życie przed sobą.

***

Choroba afektywna dwubiegunowa to stosunkowo powszechne zaburzenie (dotyka 1% populacji), które przeważnie diagnozuje się wiele lat po wystąpieniu pierwszych objawów. Wynika to stąd, że choć stosunkowo wiele osób słyszało o tym, że w tej chorobie objawy przechodzą od depresji do (hipo)manii, to nie wiedzą, że ich własne skoki nastrojów (od depresji o różnym stopniu nasilenia do „normy”) mieszczą się w spektrum dwubiegunowości. Mało kto wie też o stanach mieszanych, czyli łączących objawy depresyjne z (hipo)maniakalnymi (np. myśli samobójcze i duża towarzyskość albo kreatywność z rozdrażnieniem). Przez to chorzy przemilczają u lekarzy część swoich objawów i są leczeni, najczęściej nieskutecznie, ze zwykłych stanów depresyjnych. Tymczasem nieleczona hipomania jest jeszcze bardziej destrukcyjna dla mózgu niż depresja, a dwubiegunówka z czasem sieje coraz większe spustoszenia w życiu chorego, nierzadko doprowadzając go do uzależnień od substancji zmieniających świadomość i prób samobójczych (również udanych).

Więcej:

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Karo Akabal

    dzięki Noemi <3 za szczerość, za to, że pozwalasz się zobaczyć. Przeczytałam z zapartym tchem

  • Witaj 🙂 ChaDowiec przybija piątkę 🙂
    Mam łagodne ChaD, ale ileż mi ono życia zmarnowało! Zaczęło się jak miałam 14 lat – i wtedy chyba nikt nie mógł mi pomóc, bo przecież to taki wiek, zmiany nastrojów, bunt, ble ble ble…

    W każdym razie – wyszłam na prostą, jest naprawdę dobrze, nareszcie znam przyczynę. Bo pół życia szukałam PRZYCZYNY tego, dlaczego tak się czuję, jak się czuję. Dziś ją znam, znam siebie bardzo, bardzo w środku, dziś leki są priorytetem (i tak, za ostatnią kasę też je kupuję!). Dziś jestem pogodzona z ChaD i prowadzę dobre zycie, dbam o siebie, co kiedyś było nie do pomyślenia.

    W moim przypadku wiele zmienił syn. Choroba zrobiła remisje na baaaardzo długo. Ale w końcu wróciła – i wtedy musiałam zacząć działać 🙂

    Powodzenia!

  • Piekny tekst. To naprawde wazne, ze jestes szczera i potrafisz tak otwarcie mowic o swoim problemie. Podejrzewam, ze przyszlo to z czasem, ale to znak niezwyklej dojrzalosci.

  • Ula z prostoofinansach

    Bardzo często nie dostrzegamy, albo raczej nie chcemy dostrzegać, że potrzebujemy pomocy. Jesteśmy samowystarczalni, tak nam się przynajmniej wydaje… Niepotrzebnie się męczymy. Może uda mi się kiedyś przekonać brata do takiego podejścia jak Twoje.
    Gratuluję, że udało Ci się poukładać to co jest ważne dla Ciebie, i trzymam kciuki żeby było tylko lepiej.

  • Dominik

    wow ;o co za szczerość <3 bardzo dobrze się to czytało!

  • Bardzo mi się ten post podoba. Widać, że nie jest to materiał na typowe książki ludzi którzy „wygrali” życie czy pokonali chorobę. To taka codzienna gorzka prawda o słabościach, które na różne osoby oddziaływują w inny sposób. Nie wiem, czy współczuć, ale nie to jest Ci teraz potrzebne. Powiem tylko, że bardzo dobrze się słucha o babce stąpającej twardo po ziemi, która wie, czego od życia chce. Tylko trochę intryguje mnie kwestia tych leków, bo to jest tak, że jak Ci się skończą, to nagle w mgnieniu oka cały świat się sypie i przechodzi w black&white ? Bo te leki brzmią trochę jak narkotyk, bez którego normalne życie staje się niemożliwe. nadejdzie czas, kiedy będziesz mogła z nich zrezygnować?

    • Nie, nie nadejdzie taki czas. ChAD jest chorobą przewlekłą, całe życie będę na proszkach. Już zapomnienie o jednej dawce słychać w moim głosie i nieznacznie widać w zachowaniu (w każdym razie mój przyjaciel to widzi i słyszy). Sporo czasu zajęło mi zaakceptowanie tego.
      Ogólnie ChAD to rodzaj niepełnosprawności mózgu, którego neuroprzekaźniki działają w nieprawidłowy sposób, wykrzywiając postrzeganie rzeczywistości i deregulując emocje (co oznacza, że im dłużej się nie leczę, tym bardziej zbaczam z kursu). Leki korygują działanie neuroprzekaźników w taki sposób, w jaki insulina koryguje poziom cukru. Dla mnie to taki odpowiednik okularów: zakładam je/łykam tabletki i świat wygląda normalnie. Zdejmuję okulary/zapominam o proszkach – rzeczywistość zaczyna mnie przerastać.
      Mam szczęście w nieszczęściu, bo relatywnie łatwo było mi dobrać leki i ilekroć biorę je regularnie, wszystko jest w porządku. Autor bloga http://miloscpo30.net (polecam!), który ma inną odmianę ChAD, bardzo często musi zmieniać leki na inne i miewa w życiu tak, że musi spędzić trochę czasu w szpitalu, żeby się ustabilizować – w jego przypadku nie istnieje coś takiego jak stała mieszanka.
      Są też podobno osoby z ChAD, które mają takie okresy w życiu, że nie muszą brać leków, ale ja do nich nie należę. Kiedyś tak próbowałam, ale skończyło się opisanym wyżej załamaniem.

      • Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej determinacji. Wiem mniej wiecej z książek na czym polega depresja, ale to tylko jakies wzmianki. Z tym się nie spotkałam, wiec dobrze, ze o tym piszesz !

        • Dziękuję!
          O ChAD na pewno jeszcze będę coś pisała, to dobre źródło blogowej inspiracji 😉

  • Kasia Makarska

    Dziękuję CI za ten post. W Polsce ludzie nadal mało mówią o tym wszystkim. A przecież nie jest wstydem pójść d psychologa czy psychiatry. To tylko dowód tego, że jesteśmy na tyle inteligentni, że walczymy o swoje życie.
    Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni i nie będzie np. wytykania palcami bo „a on/ona chodzi do psychologa”…

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa