Higiena psychiczna

Czy Ty też masz kompleks dobrego Samarytanina?

Autorstwa z dnia 5 maja 2016
Pamiętacie na pewno tę historyjkę o miłosiernym Samarytaninie, który zatrzymał się i pomógł potrzebującemu. Część z nas wychowano w jej kulcie: nie umiemy nie udzielić pomocy, gdy widzimy kogoś, kto cierpi. Jednak warto zadać sobie pewne pytanie:

Czy w tej sytuacji należy dalej działać?

Jeśli jesteś wrażliwą osobą z sercem po właściwej stronie, na pewno nie umiesz przejść obojętnie wobec kogoś, komu jest ciężko, kto znajduje się w trudnej sytuacji, kto skarży się na bezlitosny los i niepomocnych ludzi.

Jeśli od pewnego czasu działasz dla dobra innych ludzi (o zwierzaczkach może napiszę innym razem) i reagujesz, widząc cudzą krzywdę, pewnie wiele razy komuś pomogłaś. Może to był tylko przyjazny uśmiech, może datek rzucony do kapelusza lub czosnek kupiony od tej staruszki na ulicy. A może godziny poświęcone wyciąganiu kogoś z depresji, zaburzeń odżywiania lub toksycznego związku.

Zastanów się teraz… Co jeśli pomagasz komuś i słyszysz zrezygnowane „mnie się nie da pomóc”? Albo „No tak, dobrze mówisz, ale u mnie się nie da, bo…”.

Czy czujesz przypływ energii? Wiele osób czuje. I działa ze zdwojoną energią.

Czasami Twoje działania przynoszą pożądany efekt i człowiek, któremu tak bardzo chcesz pomóc, zaczyna stawać na nogi.

Jednak niekiedy… jest inaczej.

Są ludzie, którym pomagasz i pomagasz, którzy pochłaniają Twoją energię, którzy wiecznie mają mnóstwo problemów… i nie posuwają się do przodu. Regularnie angażujesz się w ich sprawy, być może na czele z wieloma Twoimi znajomymi, ale cały czas coś jest nie tak. Cały czas wieje im wiatr w oczy, są wiecznie nieszczęśliwi, niezadowoleni.

Raz po raz podsuwasz im dobre rady i skuteczne rozwiązania, dyskutujesz, przekonujesz, zaklinasz. I nic. Chce Ci się walić głową o mur, gdy wreszcie ta osoba robi jakiś nieśmiały kroczek do przodu. Cieszysz się tak bardzo, że w ogóle nie zauważasz, że w międzyczasie zrobiła dwa kroki w tył.

Dla niektórych ludzi problemy stanowią sens ich tożsamości. Uleczając ich, czynisz ich nikim. Click To Tweet

Czy wiesz, że wiele anorektyczek definiuje się przede wszystkim poprzez ich anoreksję? Tak bardzo przywiązały się do swojej choroby, że zapomniały jak to jest być Kasią, uczennicą drugiej klasy liceum, córką, opiekunką słodkiego pieska, fanką Ziemiomorza, artystką. Są anorektyczkami. I choć nie zawsze o tym wiedzą, panicznie boją się utraty swojej anoreksji. Bo myślą, że wtedy przestaną być kimkolwiek. Teraz mają przynajmniej anoreksję, a jeśli ona zniknie…? Będą zerem. Powietrzem. Nikim.

Czy wiesz, że wielu osobom z depresją opłaca się mieć depresję? Bo co prawda teraz są nieszczęśliwe i chore, ale przynajmniej skupiają na sobie uwagę bliskich! Codziennie cała rodzina wokół nich skacze, poświęca swoją uwagę, dopytuje o stan zdrowia… Dzięki depresji (albo jakiejś innej chorobie) chory staje się najważniejszą osobą w otoczeniu.

Pod depresję i anoreksję można podstawić każde nieszczęście. Tak więc kiedy następnym razem będziesz się dziwić, że ktoś wydaje się nie przyjmować Twojego wsparcia lub niby przyjmuje, ale nic z tego nie wynika, zastanów się, czy przypadkiem ten człowiek nie czerpie jakichś korzyści ze swojego położenia. Dla uwagi otoczenia jesteśmy w stanie znieść bardzo wiele…

nie-pomozesz-komus-kto-nie-chce-pomocy

Kiedy zorientujesz się już, że dana osoba karmi się Twoją uwagą, ale tak naprawdę palcem nie kiwa w kierunku pozbycia się swoich trudności – zostaw ją z jej problemami. Prawdopodobnie bardzo szybko znajdzie sobie kolejną ofiarę, na której będzie mogła pasożytować (przy okazji być może opowiadając jej, jaka to Ty jesteś niedobra, niepomocna i jak bardzo się na Tobie zawiodła). Ale to już nie Twój problem. Ty zrobiłaś wszystko co mogłaś, a często nawet więcej.

Często porzucenie Życiowej Ofiary to najlepsze, co w życiu ją spotkało. Wreszcie jest sama, wreszcie nikt jej nie płaci za jęczenie, nikt nie głaszcze jej po główce, nikt się nad nią nie roztkliwia. Długo tak nie wytrzyma, więc będzie musiała coś przedsięwziąć. Jeśli nie znajdzie w porę żadnego naiwnego, być może nawet się trochę ogarnie. Chociaż na to lepiej nie liczyć, to pamiętaj, że:

Żeby ktoś mógł się odbić od dna, musisz go przestać trzymać za rękę. Click To Tweet

Jak zatroszczyć się o siebie?

Choć Życiowa Ofiara zrobi wszystko, byś o tym zapomniała, to Ty jesteś tu najważniejsza. Jeśli pomagasz innym, z pasji bądź zawodowo, to musisz być w dobrej formie, bo to Ty jesteś narzędziem pomocy. Nie dasz rady działać skutecznie, gdy jesteś sfrustrowana, zniechęcona, pozbawiona sił, przekonana o swojej nieskuteczności i gdy nic Ci się nie chce.

Wyciągnij wnioski z doświadczenia z Życiową Ofiarą. Prawdopodobnie natkniesz się na takie jednostki wiele razy w ciągu swojego życia (one bardzo szybko wyczuwają, kto jest dobrym Samarytaninem i przyczepiają się do niego niczym rzep do psiego ogona), więc im szybciej zaczniesz je rozpoznawać – tym lepiej dla Ciebie.

Spróbuj rozpoznawać eliminować Życiowe Ofiary z kręgu ludzi, którym pomagasz. Naprawdę nie są tego warte. Co dobrego przyjdzie Ci z tego, że będziesz przez x lat utrzymywać (materialnie lub emocjonalnie) jedną pijawkę? W tym czasie, za pomocą tych samych środków, możesz uratować kilka innych istnień – ludzi, którym obsunęła się noga i którym naprawdę wystarczy im konkretna pomoc, której im udzielisz.

A na bieżąco – pamiętaj, by wyznaczać granice pomagania. Na pierwszym planie powinnaś być Ty i Twój komfort. Potem Twoi najbliżsi: ci, których kochasz i którzy Cię wspierają, a także inne Twoje źródła mocy. Dopiero później, kiedy Twoje podstawowe potrzeby są zaspokojone, możesz poświęcić jakąś część swojej energii potrzebującym pomocy.

Brzmi to dość egoistycznie, ale tak właśnie wygląda zdrowy egoizm, o którym na pewno sporo słyszałaś.

Zgadzasz się z tym podejściem? Daj znać co myślisz!

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Pewnie jakiś cel ma to, że piszesz tą notkę zwracając się do czytelników płci żeńskiej? 😛
    A tak poza tym to zgadzam się…

  • Mirveka es Venes

    Ja się mocno z tym podejściem nie zgadzam.

    cytując: „Czy wiesz, że wielu osobom z depresją opłaca się mieć depresję? Bo co prawda teraz są nieszczęśliwe i chore, ale przynajmniej skupiają na sobie uwagę bliskich! Codziennie cała rodzina wokół nich skacze, poświęca swoją uwagę, dopytuje o stan zdrowia… Dzięki depresji (albo jakiejś innej chorobie) chory staje się najważniejszą osobą w otoczeniu.”

    Sama mam depresje i powiem tyle, że w momencie doła, mam totalnie w dupie to, kto i jak bardzo się mną przejmuje. Cały świat mógłby skakać wokół mnie a ja bym nie zauważyła. Nikomu tak naprawdę nie opłaca się mieć depresji, bo to okropna choroba która zabiera o wiele wiele więcej. Zupełnie nie warta wymiany na czyjąś uwagę.

    ” Twojego wsparcia lub niby przyjmuje, ale nic z tego nie wynika, zastanów się, czy przypadkiem ten człowiek nie czerpie jakichś korzyści ze swojego położenia. ”

    Odebrałam to jako „jak ktoś ma kłopoty, to najwyraźniej chce je mieć.” Nie zgodze się. Ktoś może mieć blokadę psychiczną, albo jakieś złe odruchy, które szkodzą mu samemu i walka z nimi kosztowała by o wiele więcej wysiłku niż godzenie się z nimi. To się może zdarzyć. Ale to też nie znaczy, że ta osoba chce być w tym stanie. Może nie umieć, lub nie mieć siły z niego wyjść i tyle. To wcale nie znaczy, że tego chce.

    Jasne, nie pomożesz komuś kto nie chce pomocy. Przede wszystkim nie pomożesz komuś kto nie widzi problemu. To jednak nie znaczy, że każdy, komu nie udało się pomóc tej pomocy nie chciał. Może pomoc była źle wycelowana. Odebrałam to jako takie czyszczenie sobie sumienia, że nie pomagam, bo i tak nic to nie da.

    „Kiedy zorientujesz się już, że dana osoba karmi się Twoją uwagą, ale tak naprawdę palcem nie kiwa w kierunku pozbycia się swoich trudności – zostaw ją z jej problemami”
    Może się w końcu zabije. Albo umrze z głodu, bo kilkanaście dni pod rząd nie będzie miała siły żeby zrobić sobie kanapkę, a co dopiero wyjść do sklepu po jedzenie. Osoba która nie ma nawet siły by coś zmienić, choćby gryzło ją w dupę, to osoba potrzebująca pomocy najbardziej.
    Bo często brak siły i brak chęci uznaje się za to samo, a tak wcale nie jest. To tak jakby osobie zbyt słabej, żeby wstać z łóżka mówić, że nie poszła do kuchni i nic nie zjadła bo najwyraźniej chce być głodna.

    Ja miewałam takie dni ze najmniejsze gówna wydawały się problamami nie do przeskoczenia i pewnie sprawiałam wrażenie osoby której się nie da pomoc. Ale to czego chciałam, to nie to zeby ktoś usiadł ze mną i poużalał się nade mną, tylko mi jakoś pomógł, może nawet zrobił za mnie to z czym nie daję sobie rady, albo chociaż był ze mną kiedy to robię, bo wtedy łatwiej znaleźć motywację.

    „Często porzucenie Życiowej Ofiary to najlepsze, co w życiu ją spotkało. Wreszcie jest sama, wreszcie nikt jej nie płaci za jęczenie, nikt nie głaszcze jej po główce, nikt się nad nią nie roztkliwia. Długo tak nie wytrzyma, więc będzie musiała coś przedsięwziąć.”
    Albo długo tak nie wytrzyma więc się zabije. To też jest możliwe zakończenie.

    To co chce powiedzieć to to, że czasem ludzie mają problemy, na które nie możemy pomóc z róznych powodów – jasne.
    Czasem ludzie mają problemy, w których może byśmy mogli pomóc ale nie mamy na to siły (psychicznej, czy fizycznej) .
    Czasami ludzie mają problemy, w których pomoc wymagałaby od nas bardzo dużego, dla nas zbyt dużego, poświęcenia. I mysle ze to raczej o ostatnim przypadku mowa.
    Nawet jeśli samolubnie (samozachowawczo?) wybierzemy siebie i swoje potrzeby, to trzeba to sobie uświadomić, a nie tłumaczyć, że się nic nie dało zrobić. W końcu mogłabym oddać wszytko co mam na głodujące dzieci. Mogłabym. Tylko wcale nie chce zostać z niczym.
    Możemy o tych problemach albo nie myśleć i wypierać je, udawać że nie ma, zrzucać winę na ludzi którzy je mają, albo zrobić sobie kalkulacje – pomóc, albo świadomie wybrać brak pomocy, prosto i bez wymówek.

    To jak stwierdzenie „nie leczmy alkoholików, w końcu sami sobie to zrobili. Jakby chcieli to by przestali pić.”
    Po części prawda, ale tylko po części. Jest w tym też taka nuta karania ludzi za ich nieudolność, w końcu sobie nie poradzili to teraz mają. Można powiedzieć, że sami sobie winni, albo można próbować ich wyleczyć. Skuteczność nie jest 100% ale można próbować.

    „Co dobrego przyjdzie Ci z tego, że będziesz przez x lat utrzymywać (materialnie lub emocjonalnie) jedną pijawkę?”
    Nie wiem, mnie może nic, pewnie nawet stracę. Ale może ta osoba zyska więcej na mojej pomocy, niż ja stracę na udzielanie jej? To już chyba coś, prawda?

    • „I mysle ze to raczej o ostatnim przypadku mowa.” – nie, tu mowa o przypadku np. kogoś, kto na forum pisze jak mu źle, dostaje pięćset różnych opcji i każdą odrzuca. No powiedz, jak można jeszcze pomóc tej osobie? Jak można to zrobić siedząc np. 500km od niej? No nie przyjdę do niej i nie posmaruję jej kanapki, to fizycznie niemożliwe, nawet gdyby miała umrzeć z głodu, bo sama nie jest w stanie tego zrobić (i co więcej: nie otworzy też drzwi innym, bo nie, bo nie wierzy w ich pomoc). Poza tym pewnych rzeczy po prostu NIE DA SIĘ zrobić za kogoś. I wierz mi, też piszę o tym z autopsji. I to nawet nie człowieka, któremu już się udało, tylko z tej drugiej – tego, który też jeszcze tego wszystkiego nie zrobił. Ale wie przynajmniej, że nikt nie zrobi tego za niego…

      Poza tym napisałaś chyba komentarz z perspektywy kogoś, dla kogo właśnie pomoc to mniejsza strata niż zysk drugiej osoby, a autorka, mam wrażenie, pisała z perspektywy kogoś, kto pomaga, najpierw innym, a o sobie w ogóle nie myśli, dopiero gdzieś tam gdzieś tam na szarym końcu…

      • Izabela Pandora Próchniak

        Nie napisano tego, że tyczy to jakiegoś przypadku z forum. Nic dziwnego że tekst można było łatwo odczytać jako „nie pomagaj przyjacielowi, któremu często podwija się noga, zapewne lubi, jak mu się podwija noga i wysysa z Ciebie siły”. Dopiero jak Belial mi pokazał o co chodzi, załapałom. Ale tak, z samym tekstem? No nie, nieszczególnie. Ja początkowo odczytywałom go tylko z perspektywy własnej (tej złej ofiary, co wysysa z innych siły znaczy się) i dopiero Mirveka uświadomiła mi jak on może brzmieć z innej perspektywy.

        • Moment powstania tekstu zbiega się z pewną dyskusją na forum, ale tekst dotyczy ogólnie pasożytów emocjonalnych, które nie przyjmują pomocy, a także ludzi, którzy chorobliwie jej udzielają. Nie każdy pomagający ma kompleks Samarytanina (aka Mesjasza) (ja mam, stąd „też”) i nie każdy, kto jest na coś chory, to bohater tego tekstu.

        • Bo tak naprawdę-naprawdę to tyczyć się może wszystkiego. Po prostu: najpierw trzeba pomagać sobie, a dopiero potem innym, najpierw zadbać o swoje zdrowie psychiczne, a dopiero potem o innych – i tak dalej. To jest zdrowy egoizm. Jeszcze się tego uczę.

    • Z tego co piszesz, wynika, że ten tekst nie jest ani o Tobie, ani o sytuacjach, które przychodzą Ci do głowy. Nie dziwię Ci się, że się nie zgadzasz.

  • Rwl

    Dopiero teraz wczytał mi się disqs… przeklejam komć z FB usuwając oryginał.

    Zgadzam się z tym, że należy wyznaczać granice pomagania.

    Reszta artykułu natomiast brzmi, jakby pisało ci się o swoim rodzicielu/znajomym/kochanku, nie o ogólniejszym zjawisku. Czy „nieposuwanie się do przodu” osoby zależnej zawsze wynika z wyrachowania, chłodnych kalkulacji i wygodnictwa, czy może też czasami tego, że nie umieją z tej pomocy skorzystać/potrzebne jest coś innego?

    Postulowanie, że osobę niesamodzielną należy wypieprzyć na całkowity margines, a wtedy „może się ogarnie” kojarzy mi się trochę ze zwyczajem porzucania niemowląt z defektami/powierzania ich losu bogom „bo może nie umrą z głodu/nie zostaną zjedzone przez drapieżniki, tylko bogowie lub zwierzęta je przygarną” Emotikon tongue
    Wydaje mi się, że podobna jest szansa osoby wyuczonej takich schematów na przeżycie w podanej sytuacji, co takiego dziecka na zostanie superbohaterem ze śródziemnomorskich mitów, wykarmionym przez rozmaite ssaki i ptaki (chociaż może się mylę i statsy mówią co innego).

    Myślę, że etyczniejszym byłoby już odsyłanie „osób z problemami” na jakieś terapie, zamiast opisywania ich w opiniotwórczych artykułach jako „wroga klasowego” ludzi sukcesu i zakładaniem, że są po prostu beznadziejni i nie chcą sobie pomóc.

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Prowadzę dwa blogi: profesjonalny (noemi.help) i osobisty (noemi.life). Tu piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa