Finanse Higiena psychiczna

Dlaczego warto płacić swoje długi?

Autorstwa z dnia 3 listopada 2015
Większość ludzi, których znam, ma tendencje do magicznego myślenia. Otóż wyobrażają sobie, że jeśli narzucą na dług zasłonę zapomnienia, to dług zrobi głośne puf! i zniknie. Dług tymczasem nie tylko znika, ale jeszcze zamienia się we wredną minę, która w najmniej oczekiwanym momencie wybucha Ci w twarz.

Znam to dobrze, bo też tak mam. Pochodzę z rodziny, która ma chore podejście do pieniędzy. Moja babcia wiele lat temu wykupiła ponad dwa tysiące akcji Agory po złotówce każda. Sprzedała je dwa lata później – natychmiast po wprowadzeniu takiej możliwości. Jej mąż zarabiał miliony. Skończył z niespłaconymi kredytami. Pradziadek z innej linii uznał, że komunizm to tak głupi system, że nie utrzyma się dłużej niż kilka lat – i zaczął szaleć, myśląc, że jak tylko PRL gruchnie, to on sobie w rok odbije i będzie jeszcze bogatszy. Oczywiście wcześniej zmarł. O spłacaniu pożyczek pożyczkami to już nawet nie ma sensu wspominać – to chyba robił każdy. A, i jeszcze inna nagminna rzecz: rozpusta pierwszego dnia po wypłacie, za to pod koniec miesiąca – suchy chleb.

Koszmar, naprawdę. Dorastając w takiej rodzinie, nie można mieć w głowie sensownych przekonań na temat finansów. Przynajmniej nie na starcie – może przyjdą w wyniku wytężonej pracy własnej. Oby. Na razie bowiem idzie mi średnio.

Jakiś czas temu chętnie czytałam poradniki motywacyjne poświęcone finansom. Problem w tym, że wybierałam takie adresowane do ludzi znajdujących się w innej sytuacji finansowej niż moja. Bo dla kogoś z długami pierwszym przykazaniem nie jest myśl jak milioner tylko poznaj i spłać swoje długi. A ja, jak przystało na potomkinię swojej rodziny, zasłaniałam je zasłonką i czekałam, aż zrobią puf! Po czym tradycyjnie wydawałam wszystko, co zarobiłam. Często zanim zarobiłam kolejną kwotę.

Z czasem sytuacja z jako tako ogarnianej zrobiła się tragiczna. Musiałam dokonywać cyrkowych akrobacji, żeby być w stanie jakoś się utrzymać. Aż w końcu jedna z wierzycielek straciła cierpliwość i postawiła mi deadline. Z konsekwencjami. Niegroźnymi, ale bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami, na które absolutnie nie miałam ochoty.

Deadline przewartościował moje priorytety i podejście do długu. Przez kilka miesięcy niewiele zdołałam się nauczyć, ale zaczęłam uczciwie mówić ludziom nie mogę tak szaleć, mam to i to do spłacenia. Rozumiecie? Z udawania, że wszystko jest super przeszłam do mówienia głośno o zadłużeniu i odmawiania innym. To trochę przypomina zmianę zachodzącą w alkoholiku, który już nie wypiera problemu z piciem, ale go akceptuje i ponosi konsekwencje.

I choć moja sytuacja finansowa jeszcze nie uległa zmianie i dzisiaj na kolację mam chleb z dżemem (luksus!)… udało mi się dotrzymać terminu. No. Prawie. Ale jednodniowy poślizg + weekend to tyle co nic. Jedno zadłużenie mniej, co za ulga! Jeszcze tylko kilka tysięcy i zacznę być na plusie!

Keep-Calm

Tymczasem w moim otoczeniu jedna osoba cieszy się, że nie spłaca długów i jakoś żyje, druga chce wyrzucać nieczytane pisma od komornika, trzecia wścieka się, że komornik wszedł na pensję, a czwarta uważa, że zajęcie pensji przez komornika oznacza, że zarabia się mniej.

Zaczynam widzieć, jakie to niezdrowe.

Dług nie znika, zawsze jest gdzieś w tyle Twojej głowy i uwiera. Życie Jakoś to marne życie. A zaniedbane zadłużenia rosną. Jeden przyciąga kolejny, ten znowu następny… i te odsetki. Aż w końcu pojawia się komornik lub inna smutna konsekwencja takiej postawy.

Uciekanie przed komornikiem nie ma sensu. Zawód komornika jest może i niewdzięczny, ale większość z nich stara się pójść człowiekowi na rękę, dogadać się z nim – o ile tylko dostanie szansę. Wyrzucanie pism to słaby pomysł, bo bez kontaktu ze strony dłużnika komornik musi działać na własną rękę. A to boli.

To, że komornik zabiera część wynagrodzenia, nie czyni tego wynagrodzenia mniejszym. To znaczy: jeśli zarabiasz 2000 zł, a komornik pobiera Ci z tego 500 zł, to nie zarabiasz 1500 zł tylko wciąż 2000. Te 500 zł to Twoje opłaty, na które najwyraźniej Cię stać. Takie same jak zapłacenie czynszu czy raty za nowy telewizor. A przy okazji, kiedy zaczynasz spłacać długi, zaczynasz myśleć, czy stać Cię na robienie sobie kolejnych. Bo zaczynasz rozumieć, że kiedyś te długi trzeba spłacić. Czy szerzej: trzeba kiedyś ponieść konsekwencje swoich działań.

Płacenie długów uczy bardziej odpowiedzialnego podejścia do swoich pieniędzy. Zaczynasz je ogarniać i traktować bardziej serio. Liczę, że z czasem, kiedy już wykaraskam się ze wszystkich aktualnych opałów, zacznie mi tej gotówki autentycznie przybywać. Na razie muszę pamiętać, że jestem pod kreską. I nawet jeśli w jakimś miesiącu zarobię kilka tysięcy, to nadal jestem pod kreską.

Łatwe to nie jest. Nadal danie mi pieniędzy do ręki jest dość ryzykowne: ulegam impulsom, przeszacowuję inwestycje lub chcę inwestować w źródło gotówki numer 2 kosztem źródła gotówki numer 1 (1 z 1!), mam pomysł, żeby wziąć kredyt na rozwinięcie działalności, nie mając gotowego biznesplanu… Samooszukiwanie się jest koszmarne, wyjątkowo trudno je wytępić. Po prostu coś we mnie chce myśleć jak ten nieszczęsny milioner. Ale to tępię. Do milionów najprędzej dojdę, wychodząc powoli i odpowiedzialnie z obecnych opałów.

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Czasem wielka jest nieodpowiedzialność ludzi w kwestii kredytów i co gorsza, pozabankowych pożyczek, które oprócz wielkich odsetek i noża na gardle nie wnoszą nic do naszego życia. Mam nadzieję, że społeczeństwo pójdzie po rozum do głowy! (do rozsądnych, przemyślanych decyzji kredytowych i operacji w sprawdzonych bankach nic nie mam oczywiście, bo to akurat spore usprawnienie wielu rzeczy;) )

  • Cóż mogę powiedzieć… tylko podpisać się: ludzie, spłacajcie swoje długi! Bo ja jestem akurat po przeciwnej stronie barykady i czekam aż to mnie się spłaci 😉 Aha, i już więcej nic nikomu nie pożyczę.
    A w ogóle to ludziom się chyba wydaje, że skoro pożyczyłem, to taki jestem bogaty i to jest mój nadmiar, więc mogę sobie poczekać na święty nigdy. A tymczasem to hamuje moje inwestycje… i jest to bardzo frustrujące :[

  • Jak ja Cię dobrze rozumiem. Nie, nie pożyczam pieniędzy od ludzi – ale za to z domu wyniosłam najgorszą edukację finansową, jaką tylko można sobie wyobrazić. Mój ojciec wielokrotnie na moich oczach wyrzucał do śmieci rachunki przed otwarciem, twierdząc, że jak trzeba będzie „naprawdę” zapłacić, to on na pewno się o tym dowie. Kilkakrotnie odcinano nam w związku z tym prąd, w tym wtedy, gdy było w domu małe dziecko… Pierwszego kupowało się krewetki i szparagi albo np. nowy rower (w ogóle nieplanowany zakup, impuls w drodze z pracy), nikomu niepotrzebny stół czy kołowrotek (autentyk – moja mama impulsywnie kupiła kołowrotek, który potem stał za szafą i się kurzył) – a pod koniec miesiąca szłam do szkoły bez zeszytu czy plasteliny, bo mi mama mówiła, że się pieniądze skończyły, nie ma, nie da i już. Do tego podręczniki – czasem czekałam na nie miesiąc, dwa, bo wszystko było ważniejsze od nich. Ale za to wyjazdy wakacyjne były po królewsku – codziennie obiad w restauracji itp., bo to urlop, więc się nie oszczędza (nie mam pojęcia, skąd ta dziwaczna zasada). Druga dziwna zasada brzmiała „na jedzeniu się nie oszczędza”. Do dzisiaj moi rodzice robią naprawdę duże zakupy np. w Żabce, mając za rogiem Biedronkę i Carrefoura. Kiedyś było tak, że mój ojciec dostał dodatkowe zlecenie roczne i przez ten rok zarabiał 10-krotność swojej poprzedniej pensji (sic!). Pieniądze po prostu się rozlazły, jakby ich nigdy nie było. Zero inwestycji, oszczędności, niczego. Się wydało. Tu nowy komputer, tam rower stacjonarny, jakiś wyjazd, puff i nie ma.

    Po wyprowadzce z domu musiałam się uczyć życia od zera. Na pierwszym roku nie raz się zdarzało, że ostatni tydzień miesiąca np. jechałam na samym ryżu, bo na nic innego już nie miałam – ale za to po pierwszym objadałam się ciastkami z cukierni. Z rachunkami też byłam na bakier i w zasadzie całkiem niedawno (czyli niemal 10 lat „na swoim”) nauczyłam się, że rachunek najlepiej zapłacić wtedy, kiedy przychodzi. Drugi rok z mężem uczymy się oszczędzać i jestem w niemałym szoku, ile można odłożyć, wcale niczego sobie nie odmawiając, samą tylko systematycznością.

    Także życzę Ci powodzenia w staraniach o finansowy rozsądek 🙂 Da się! Choć łatwo niewątpliwie nie jest.

    • Uff, jakie to znajome. Ta Twoja rodzina. W swoją się nie zagłębiałam, ale wyglądało to bardzo podobnie, może tylko troszeczkę mniej jaskrawo – z podręcznikami problem zaczął się dopiero na pierwszych studiach. „To urlop, więc się nie oszczędza” też znam i jeszcze u siebie nie wykorzeniłam, bo za mało wyjeżdżam i nie było kiedy – za to na wyjazdach szaleję z wydatkami. I też były momenty, kiedy w mojej rodzinie pojawiała się Duża Gotówka, po czym nagle znikała.
      Pocieszające jest to, co piszesz na końcu – że jednak się udaje 🙂 Liczę na to, że też uda mi się (za rok, jeśli mi się plany nie posypią) dobrnąć do nauki oszczędzania i odkrycia, że to wcale nie jest trudne 🙂 A Tobie i mężowi gratuluję osiągnięć na tym polu, bo wyobrażam sobie, jak wiele ciężkiej pracy nad sobą one wymagają.

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa