Żyć mimo depresji

Jak działają psychotropy, wersja dla laika

Autorstwa z dnia 22 października 2017

Na co dzień każde z nas jakoś myśli i jakoś odczuwa. Myślimy określone kształty w określonym tempie i w pewnym ciągu przyczyn i skutków. Czujemy uczucia z pewnego spektrum i w pewnym natężeniu. Poprzez myśli i uczucia postrzegamy siebie, innych ludzi i świat. Z reguły w ogóle się nad tym nie zastanawiamy. Bo i po co?

Kiedy byłam ciężko chora i (/bo) nie brałam leków, w zasadzie zachowywałam się normalnie. To znaczy nie biegałam nago po korytarzu, nie podpalałam firanek, nie dźgałam ludzi nożem, rojąc sobie, że mi zagrażają. Chyba nikt nie podejrzewał, że coś jest nie tak.

Było mi po prostu bardzo źle. Albo bardzo straszno. Albo bardzo dobrze. Na zmianę, bez końca, jak na karuzeli. Nie miałam za dużego wglądu w chorobę, czyli najczęściej wydawało mi się, że wszystko z moim postrzeganiem siebie i świata jest OK.

Przykłady? Jeśli miałam super pomysł na biznes – to na pewno był racjonalny i miał szanse powodzenia. Jeśli byłam na kogoś wściekła na maksa – to dlatego, że on mnie aż tak skrzywdził. Jeśli pogrążałam się w rozpaczy złamanego serca – to dlatego, że aż tak kochałam i żyć bez kogoś nie mogłam. Miałam trochę dystansu tylko do stanów lękowych, no bo człowiek z ulicy, który za mną szedł i którego się strasznie bałam, chyba jednak nie chciał do mnie strzelać…? Ale to tyle.

Nie widziałam wtedy, że myślę i czuję przez pryzmat choroby. Że pomysł na biznes może i brzmi świetnie, ale jest zbyt ambitny i zbyt niedochodowy jednocześnie. Że wcale nie jestem aż tak skrzywdzona i że doskonale umiem żyć bez tego kogoś.

Potem przyszły leki i nagle zaczęłam myśleć jak zupełnie inna osoba. Byłam w szoku. Więcej, byłam przerażona. Moje interpretacje świata, siebie, innych – wszystko nagle się zmieniło. Jak to? Co się ze mną dzieje? „Tak widzą świat zdrowi ludzie”, słyszałam. CO?!

Zmieniło się spektrum moich myśl i uczuć, ustabilizowało tempo myślenia (w depresji zwalniało i mętniało, w hipomanii przyspieszało i pozwalało widzieć naprawdę dziwne acz odkrywcze powiązania między faktami). Zaczęłam widzieć inne powiązania przyczynowo-skutkowe, ponoć bardziej rozsądne. Świat nabrał innych barw, ludzie przestali straszyć, a moja samoocena, do tej pory jeżdżąca w górę i w dół jak winda na resorach, zatrzymała się na konkretnym piętrze.

Z czasem przywykłam. Odkryłam, że leki działają trochę jak okulary korygujące specyficzny astygmatyzm mojego mózgu: kiedy je biorę, wszystko jest w porządku. Inaczej, ale lepiej. Może i myślę inaczej, ale radzę sobie z życiem! Ba, jestem szczęśliwa, spokojna, zrelaksowana… Za to kiedy zapomnę albo omyłkowo wezmę za dużo czegoś – ojć. Postrzeganie wraca do „normy”. Świat szybko staje się na powrót bardzo nieprzyjaznym miejscem, a mnie jest dobrze tylko pod kołderką. I żeby nikt nie krzyczał.

Ta „norma” jest bardzo podstępna. Ludzie, którzy nie biorą leków, boją się zmiany. Nie chcą stać się innymi ludźmi. Ale to tak, jakby krótkowidz bał się założyć okulary korekcyjne. Tak, świat się zmieni. Ale czy na gorsze? No raczej nie. Raczej po prostu pokonamy problem i odzyskamy prawidłowe widzenie.

Z lekami jest tylko ten problem, że trzeba je dopasować. Ten proces może trochę potrwać. Niby mamy diagnozy, ale tak naprawdę każdy mózg działa inaczej, a lekarz psychiatra nie do końca ma jak zbadać, co się w nim dzieje i co pomoże. Więc postępuje według pewnych schematów: podaje coś („lek pierwszego rzutu”) i sprawdza, jakie są efekty. I koryguje kolejne recepty. Aż utrafi.

Mnie to trochę przypomina próbę nakrycia się kołdrą tak, żeby nic spod niej nie wystawało. Tylko że pod kołdrą coś się stale kłębi, a my już nie widzimy, co się dzieje, bo przecież leki wytłumiają objawy. Wbrew przekonaniom sprzed parudziesięciu lat, choroba psychiczna nie jest dana raz na zawsze w niezmienionej postaci. Może się zmieniać. Przykładowo bipolar może ewoluować w zaburzenie schizoafektywne lub w ciąg zwykłych, „jednobiegunowych” depresji, albo z typu II w typ I (z pełnoobjawową manią). Dlatego właściwe leki oraz ich dawki też mogą się zmieniać.

Z tego powodu bardzo dobrze jest mieć kogoś, kto na co dzień śledzi razem z chorym działanie leków, pamięta dawki i dotychczasową historię przyjmowania leków, przypomina o badaniach krwi (fuj) na stężenie konkretnych substancji, rozpoznaje co należy wziąć, aby zminimalizować nawrót choroby itp.

Teoretycznie powinno się to odbywać na linii lekarz-pacjent, ale lekarz często ma zbyt wielu chorych lub jest zbyt drogi i przez to niezbyt dostępny, a pacjent… no cóż, pacjent psychiatryczny nie zawsze należy do grona najbardziej wytrwałych, konsekwentnych, racjonalnych osób, które będą dzielnie i codziennie prowadziły dzienniczek nastrojów i spisywały wszystkie swoje objawy, ucząc się prawidłowości. Zresztą trzecia osoba często widzi więcej.

Dopasowane leki przynoszą olbrzymią ulgę. Myślenie i czucie są skorygowane we właściwy sposób i można wieść normalne życie (praca, rodzina, hobby), często nawet nie wzbudzając podejrzeń w otoczeniu, że coś jest nie tak.

Tak, leki to dobro. Nie bójcie się ich brać.

TAGI
PODOBNE WPISY
NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa