Lifestyle

Jak leniwy ziemniak kanapowy zdobył dwa szczyty górskie albo Wszystko przez kornika

Autorstwa z dnia 15 października 2016
Kto z narażeniem zdrowia i życia zdobył Biskupią Kopę? Noemi zdobyła. A co przeżyła po drodze tam i z powrotem? Zobaczcie koniecznie tę wstrząsającą relację! Jest i sojusznik, i czarny charakter, i bezpieczna przystań!

Ha! Jestem wielka i wspaniała.

Znajomy zaciągnął mnie w Góry Opawskie. Niewysokie pasmo będące częścią Sudetów Wschodnich, ale zawsze góry. Dla kogoś, kto ostatnio zdobywał Gubałówkę i Rysy z wycieczką szkolną w piątej klasie – spore wyzwanie. Do samego końca nie byłam pewna, czy dam radę, głównie dlatego, że dopiero co byłam chora i nadal kasłałam i kichałam.

Wyruszyliśmy z hotelu w Pokrzywnej rano, zaraz po śniadaniu. Miało być łatwo i przyjemnie. Nie było łatwo.

Na początku po prostu szliśmy przez las, lekko pod górkę. A to ścieżką, a to udeptanym, a w pewnym momencie nawet brukowanym szlakiem. Znajomy, który ten szlak przeszedł wiele razy, co jakiś czas pokazywał mi co ciekawsze miejsca, które wiązały się dla niego z różnymi wydarzeniami znanymi mi już z jego opowieści.

Minęliśmy między innymi pierwszą w Polsce skocznię narciarską, z której niestety nic nie pozostało. Tylko ścieżka, zarys platformy i tablica pamiątkowa.

Zatrzymaliśmy się też na chwilę na polance, gdzie znajdowała się leśna kapliczka, w której ponoć odprawiane są pasterki. W grudniu. W śniegu. Pod gołym niebem. Brr!

Szlak (najpierw niebieski, potem tak zwana ścieżka dydaktyczna) ciągnął się wzdłuż Cichego Potoku, który szumiał głośno, niosąc z impetem masy wody po ostatnich opadach. Ponoć latem jest cichą smużką krystalicznie czystej wody. Teraz był potężny i hałaśliwy, gdzieniegdzie przecinając nasz szlak.

Dwa razy zobaczyliśmy leśne stworzenia. Wpatrującą się w nas wiewiórkę, która na chwilę przysiadła na pniu na skraju szlaku, a potem śmignęła w górę po drzewie, zapewne kolekcjonując zapasy jedzenia na zimę. I łasicę, a właściwie wirującą smugę po niej, która błyskawicznie przecięła nam szlak. Dla mnie równie dobrze mogła być ptakiem, który przefrunął ponad ścieżką, ale mój towarzysz rozpoznał ją po sposobie poruszania się.

Leśna kapliczka

Leśna kapliczka

Skocznia narciarska 1

Skocznia narciarska 1: Pamiątkowa tablica

Skocznia narciarska 2

Skocznia narciarska 2: Oto, co pozostało…

Cichy Potok przecina nasz szlak: jak go pokonać?

Cichy Potok przecina nasz szlak: jak go pokonać?

Ha! Jest mostek. Pierwszy z kilku takich mostków.

Ha! Jest mostek. Pierwszy z kilku takich mostków.

W połowie drogi pod górę zaczęły się schody.

To znaczy problemy. Spowodowane ni mniej, ni więcej tylko kornikiem drukarzem, paskudą, która sprawiła tyle zamieszania wokół Puszczy Białowieskiej. Tu również okazał się zarazą, która skazała na śmierć wiele pięknych świerków, a przy okazji także innych drzew.

W pewnym momencie lesisty szlak zmienił się w łyse wzgórza porośnięte gdzieniegdzie pojedynczymi drzewami. Wycinka chorych drzew trwała. W jesiennej, mglistej atmosferze wyglądało to strasznie przygnębiająco. Na początku aż złapał mnie dół, kiedy pomyślałam o wszystkich leśnych stworzeniach pozbawionych schronienia przez tego bezlitosnego owada. Potem trochę przywykłam. Musiałam. Ale smutek towarzyszył mi przez większość podróży.

Widzieliśmy tablice informujące o pracach leśniczych, maszyny składujące pocięte pnie, konie zaprzęgnięte do pracy. Wszędzie walały się poucinane gałęzie oraz poryta larwami kora. Samochody jeździły w tę i z powrotem. A szlak pokrywało błoto. Mnóstwo błota. Wszędzie błoto. Musieliśmy w nim brnąć, czasami depcząc po gałęziach, czasami pokonując przeszkody.

Takie tablice widzieliśmy dosyć często

Takie tablice widzieliśmy dosyć często. „Utrudnień” było mnóstwo. Wszystko przez tego malusieńkiego owada i jego larwy!

20161013_110553

20161013_1126121

Tyle pozostało z pięknego świerkowego lasu, domu wielu zwierząt

Po tych gałęziach szliśmy, bo szlak był całkowicie niedostępny

Po tych gałęziach szliśmy, bo szlak był całkowicie niedostępny

Koń i Czech zbierają kłody drewna (tak, po czeskiej stronie kornik drukarz również zaatakował!)

Koń i Czech zbierają kłody drewna (tak, po czeskiej stronie kornik drukarz również zaatakował!)

20161013_140304

Maszyna zbiera kłody, które potem zostaną wywiezione wielką ciężarówką. Jeśli szybko zetnie się skazane na śmierć drzewa, to nie tylko zapobiegnie się dalszemu rozprzestrzenianiu się kornika, ale także będzie można do czegoś wykorzystać pnie

W pewnym momencie szłam wąziutką przestrzenią nad przepaścią, po jednej stronie mając spadzisty stok górski, a po drugiej mokry i zimny pień drzewa.

Innym razem musiałam się przedostać w na pół przemakalnych butach przez strumień wody deszczowej, który zagradzał mi drogę – znajomy przeszedł przez niego, przełożył pień drzewa w poprzek strugi, a następnie asekurował mnie, gdy szłam po pniu.

Kolejna sytuacja była połączeniem poprzednich: spadzisty stok górski i struga wody. Zrobiliśmy prowizoryczną ścieżkę z kamieni i to po nich przefrunęliśmy na drugą stronę.

Dzielnie przeszłam nad przepaścią pomiędzy zdrowymi drzewami a pniami. Wąsko!!!

Dzielnie przeszłam nad przepaścią, przeciskając się ostrożnie pomiędzy zdrowymi drzewami a pniami. Wąsko!!!

20161013_114111

Strumień wygląda wąziutko, ale to dlatego, że stałam już w pewnym oddaleniu, kiedy pomyślałam o udokumentowaniu przeżycia. Woda była bardzo zimna i bardzo głęboka.

Nasza ścieżynka z kamieni

Nasza ścieżynka z kamieni i wąska ścieżka, którą szliśmy

W końcu dobrnęliśmy do schroniska, gdzie kupiliśmy dla mnie zapas chusteczek higienicznych (te wzięte „z nawiązką” właśnie wykańczałam), zamówiliśmy najlepszą herbatę na świecie i dwie michy pysznej, gorącej zupy (ja: żurek, towarzysz: cebulową). Posiedzieliśmy tam trochę, pogawędziliśmy, odsapnęliśmy, przestało mi się zupełnie lać z nosa, po czym wyruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem innym szlakiem.

Nie miałam siły biec ;)

Nie miałam siły biec ;)

Oto jak wygląda najlepsza herbata na świecie!

Oto jak wygląda najlepsza herbata na świecie!

20161013_123831

Krawaty wisiały u sufitu wzdłuż całej ściany… dziesiątki krawatów.

Początkowo chcieliśmy iść ścieżką oznaczoną na żółto, jednak to właśnie tam kornik drukarz szalał najbardziej, a maszyny pracowały właśnie teraz. Ilość błota była niesamowita, w pewnym momencie brązowa maź pochłonęła całe moje buty, na szczęście nie dostając się do środka.

Przeanalizowaliśmy sytuację i odbiliśmy w stronę czerwonego szlaku, który ciągnął się wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Był dłuższy i miał kilka podejść pod górę (w ten sposób zdobyłam jeszcze jeden szczyt górski!), ale przynajmniej nie było tam błota.

Niestety również tam zaatakował kornik drukarz. Mijaliśmy wiele drzew skazanych na śmierć, przeprawialiśmy się przez zwalone wichrem brzozy, a w pewnym momencie szliśmy na azymut, bo wycięto również drzewa oznaczające szlak. Zejście było tak strome, że musiałam posłużyć się prowizorycznie zorganizowanymi dodatkowymi nogami – dwoma kijami, które jako tako mnie asekurowały. Skoncentrowana na pokonywaniu kolejnych przeszkód, nie pstrykałam już zbyt często fotek.

To był kiedyś piękny, cienisty, świerkowy las rosnący koło schroniska na żółtym szlaku. Została goła ziemia...

To był kiedyś piękny, cienisty, świerkowy las rosnący koło schroniska na żółtym szlaku. Została goła ziemia…

...i, gdzieniegdzie, pojedyncze drzewa lub same ich kikuty. Porażający widok. Jak z horroru. I dla wielu żywych istot to był horror.

…i, gdzieniegdzie, pojedyncze drzewa lub same ich kikuty. Porażający widok. Jak z horroru. I dla wielu żywych istot to był horror.

Las wycięty i las skazany na śmierć. Tych drzew po po prawej wkrótce też nie będzie.

Las wycięty i las skazany na śmierć. Tych drzew po po prawej wkrótce też nie będzie. Czy posadzą tu nowy las? Oby…

Leśnik sprawdza korę drzewa i jeśli trzeba je ściąć, rysuje na pniu znak X. Takich znaków widziałam setki.

Leśnik sprawdza korę drzewa i jeśli trzeba je ściąć, rysuje na pniu znak X. Takich znaków widziałam setki.

20161013_143013

To drzewo broniło się, broniło, ale kornik drukarz je zniszczył. Teraz wygląda tak. Wkrótce zostanie ścięte.

Tak wygląda spód kory świerkowej po inwazji larw kornika drukarza. Tego typu kora leżała dosłownie wszędzie.

Tak wygląda spód kory świerkowej po inwazji larw kornika drukarza. Tego typu kora leżała dosłownie wszędzie.

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie czerwony szlak schodził się z żółtym. Tam, na szczęście, był już normalny, zdrowy las. I wygody. Przez dłuższy czas szliśmy komfortowo „ścieżką saperską”, stworzoną przez człowieka wiele lat temu za pomocą ładunków wybuchowych. Szeroka, sucha (jak na tę mglisto-mżawkową pogodę), dobra nawet dla dużej wycieczki czy podróżujących samochodem. Miodzio. Tylko że sztuczne.

Zmęczeni podróżą, zrezygnowaliśmy z zobaczenia Kamienia Czarownicy, czyli prawdopodobnego miejsca pochówku pewnej starej, zaradnej kobiety, którą oskarżono o czary, bo zbyt dobrze jej się wiodło (żyła samotnie w małej chatce, utrzymując się ze zbieranych ziół i grzybów). Pod wpływem szykan, powiesiła się. Ponieważ jej ciało znajdowało się na styku granic trzech terytoriów, nikt nie chciał się nim zająć. Po pewnym czasie ktoś ulitował się nad zwłokami biednej staruszki i pochował ją w niepoświęconej (rzecz jasna) ziemi, a miejsce oznaczył kamieniem. Smutna historia przypomniała mi losy staruszki znanej Akwili ze Świata Dysku, a także wiele prawdziwych kobiet skazywanych na śmierć z podobnych przyczyn.

W końcu, gdy zapadał już zmrok, dotarliśmy do hotelu. Oto, jak prezentowały się moje nogi po zakończeniu tej podróży:

Te buty były czarne. Całe. No ale nigdy nie widziałam aż tyle błota jednocześnie.

Te buty były niegdyś czarne. Całe. No ale nigdy nie widziałam aż tyle błota jednocześnie.

Znajomy twierdzi, że jest ze mnie bardzo dumny, bo nie poddałam się, nie zawróciłam pomimo widocznego zmęczenia, tylko dzielnie szłam, stosunkowo mało jęcząc. Tymczasem ja trzymałam się wskazówki podsłuchanej od prelegenta „Życia bez ograniczeń”, który zdobywał kolejne pustynie, wyznaczając sobie małe cele „byle do najbliższej skały”, „byle do tego drzewa”, „byle do tamtego zakrętu”. Dzielenie wielokilometrowej drogi na małe odcinki rzeczywiście pomaga! Wiele ułatwiło też zaufanie do doświadczenia mojego towarzysza, który jest doświadczonym górołazem, podawał mi pomocną dłoń przy najtrudniejszych odcinkach i ani razu nie wyglądał na przestraszonego czy zagubionego. Nie musiałam się o nic martwić (poza biednymi drzewami i zwierzętami): po prostu szłam. I szłam. Aż doszłam do celu!

A teraz mam motywację, żeby wreszcie zacząć intensywnie ćwiczyć na siłowni (to znaczy minimum raz w tygodniu, a nie raz na dwa miesiące), bo wiosną planujemy kolejne wyprawy. Chcę być w trochę lepszej formie.

HA! Należało mi się.

HA! Należał mi się.

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Karo Akabal

    och Pokrzywna! Znam to miejsce, jak własną kieszeń! To niemal rodzinne strony. Każde kolonie, zimowiska, służbowe wyjazdy integracyjne i obie podróże poślubne;) Wiedziałaś, że tam kiedyś ufo wylądowało? Przykro mi z powodu kornika 🙁

    • Ojej, naprawdę? Niesamowita historia (a czemu, to Ci opowiem kiedyś na ucho :D). Ale chyba nie jesteś z Prudnika…?
      Ufo…? Nie słyszałam, powiedz więcej! 🙂

  • DeadSally

    To wygląda jak miejsce katastrofy tunguskiej…

  • Fajnie fajnie, zawsze to fajnie coś takiego przeżyć 🙂

    Ja sobie pracę tak dzielę 😀 „byle do przerwy…”, „byle do połowy czasu do przerwy” itp. 😀 i nawet też stosuję analogię ze wspinaniem się po górach, wyobrażam sobie, że przez pół czasu wchodzę, „a potem to już z górki” 😀 łatwiej znieść te ileś godzin w pracy 😛

    • To jest bardzo sprytna metoda! Przypomniałam sobie teraz, że przedstawiałam ją na szkoleniach jako „nie da się zjeść na raz całego słonia, ale można go podzielić na małe porcje”. Myślę sobie, że jak następnym razem przyjdzie mi o niej mówić, to będę opowiadała bardziej życiowo, właśnie z wycieczką i podziałem czasu pracy. To dobre przykłady 🙂

  • Ciebie już troszeczkę znam, a teraz wreszcie udało mi się zidentyfikować Twojego bloga, bo do tej pory jakoś nie mogłem Cię z żadnym skojarzyć. Poczytałem to i owo, zrozumiałem to i owo. No, no… W każdym razie dopisuję do listy w czytniku RSS, choć nie należę wiekowo do grupy, którą określasz jako swój target.

    • Yay! Jak miło mi Cię tu widzieć. I dziękuję za polubienie! Mam nadzieję, że nie znajdziesz tu czegoś, co sprawi, że klikniesz krzyżyk (zdjęcie kubeczka mam, ale tylko jedno, więc tak jakby go nie było ;)). W każdym razie staram się pisać do wszystkich – choć owszem, target ma pewne znaczenie. Ale z drugiej strony, nie wyrabiam targetów za dobrze 😉 Wen jest najważniejszy.

      Okazuje się, że Pokrzywna jest bardzo popularna! Nie sądziłam 🙂

      • Noemi – czy masz na myśli wenę twórczą?

        • Si 🙂 W moim gronie przyjaciół wena jest istotą rodzaju męskiego. Oczywiście bardzo kapryśną.

  • No to gratki za szczyt do Korony Gór Polski. 🙂
    My akurat schodziliśmy szlakiem Waszego podejścia. Aurę mieliśmy dużą lepszą, ale też się załapaliśmy na błoto i szlak całkowicie rozjeżdżony przez ciężki sprzęt. Miałam podobne odczucia, co do tego lasu. Wielka szkoda. 🙁

  • Zasmuciły mnie te mgliste widoki bez drzew, nie wiedziałam, że ten kornik aż taki szkodnik ;/ Ta tabliczka z informacją „biegiem 100 m” to jakiś żart 🙂 Gratuluję zdobycia Biskupiej Kopy, ja nie dałabym rady (chyba czas wrócić do biegania). Pozdrawiam

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa