Higiena psychiczna

Po pierwsze: Zdrowie psychiczne!

Autorstwa z dnia 2 stycznia 2016
Od dzisiaj schudnę, będę ćwiczyć, rzucę palenie, a poza tym dołączam do grup W 2016 roku… na fejsie?
Nie. Żadnych Noworocznych Postanowień!
Mam coś fajniejszego. PRIORYTETY.

Podoba mi się obrany w zeszłym roku kurs, ale ciągle z niego zbaczam, bo mylę sprawy pilne z ważnymi, a ważne z najważniejszymi. Postanowiłam… pardon, miało nie być postanowień… Wymyśliłam, że podejdę do Nowego Roku od drugiej strony: uszeregowania moich wartości.

Większość tego szeregowania opracuję dla siebie na kartce papieru (nie chcecie, bym Wam opowiadała ze szczegółami, nad czym chce popracować i dlaczego), ale najważniejszy priorytet postanowiłam omówić na blogu.

Z racji studiów i zainteresowań czytam często wynurzenia różnych ludzi, którzy ewidentnie są chorzy lub zaburzeni psychicznie. Czyli tacy jak ja. (W tym miejscu chciałabym pozdrowić moje różowe, cieliste i białe tableteczki, które regulują moje rozszalałe emocje). Ludzie ci mają stany lękowe, kompulsje i obsesje, depresje, traumy, czasem nawet psychozy. Opisują swoje problemy i proszą o rady. Ale o poważne, konkretne rady, a nie jakieś „idź do lekarza” czy „ogarnij się”. A czemu nie pójdą do lekarza? Bo mają za dużo problemów, żeby znaleźć czas/pieniądze na psychiatrę!

No więc ja już taką kretynką byłam i w tym roku nią nie będę. Zdrowie idzie jako pierwsze. Bo jeśli zadbam o to, by mieć swoje tableteczki w odpowiednich ilościach, to będę w stanie rozwiązywać inne problemy.

W najczarniejszych czasach wydawało mi się, że jeśli mam 200 zł na życie na nie wiem kiedy, to absolutnie nie stać mnie na to, żeby 150 zł (75%) przeznaczyć na psychiatrę, a kolejne kilka (całe kilka!) złotych – na leki. Teraz widzę, że takie rozumowanie było absurdalne, bo jeśli nie mam leków, to bardzo ciężko przychodzi mi pomnażanie pieniędzy, a widmo głodu paradoksalnie sprawia, że chcę nie wychodzić spod kołderki. Z kolei jeśli jestem na lekach, to – niespodzianka! – pomimo problemów funkcjonuję jak każdy inny człowiek i jestem w stanie uczyć się, zarabiać pieniądze, zorganizować przeprowadzkę, itd., itp. (Teraz już powinno być jasne, czemu tamte czasy były najczarniejsze).

Ludzie z problemami natury fizycznej szybciej uczą się, że powinni na pierwszym miejscu postawić utrzymanie się w dobrej formie. Nie wyobrażam sobie na przykład dorosłego astmatyka czy cukrzyka, który machnąłby ręką na leczenie i wolał cierpieć / umrzeć, niż wziąć to, dzięki czemu jego przewlekła choroba usuwa się w cień. Tymczasem dolegliwościom natury psychicznej ludzie często dają totalitarną władzę nad swoim życiem. Znam wiele osób, które od lat walczą z tymi samymi kilkoma wiatrakami, zamiast po prostu ruszyć się do psychiatry, zacząć grzecznie łykać tabletki i ruszyć z miejsca.

Oczywiście, jeżeli się ma zaburzenie psychiczne, przeważnie nie jest się go w pełni świadomym. Ktoś z głupią fobią społeczną może na milion sposobów uzasadniać to, dlaczego łatwiej i wygodniej jest mu pojechać na drugi koniec miasta niż sięgnąć po telefon i wystukać numer, a także czemu od miesiąca nie poszedł na pocztę, mimo że powinien. Lęki, psychozy, depresje i inne problemy lubią wykrzywić obraz rzeczywistości, tak że choremu wydaje się, że jeszcze daje sobie radę, że to tylko jego osobowość, że już dawno uporał się z tym tematem… To ludzie z zewnątrz widzą, że ktoś jest dziwny. Albo męczący. Albo toksyczny. Albo zapętlony w sobie i nieracjonalny. Działa to nawet wtedy, gdy człowiek ogólnie rozumie mechanizmy swojej choroby.

Z nieracjonalnością jest zabawnie i strasznie zarazem, bo będąc w samym środku swojej głowy wszystko wydaje się logiczne i spójne. Nie rozumiesz, to wynika stąd, że… Oto instrukcja obsługi mnie na 300 stron. Wcale nie chodziło mi o… I tak dalej, kilometrami tłumaczeń. Otoczenie tymczasem ciągle nie rozumie lub, o zgrozo, wpada w wir rozumienia i choruje razem z chorym. Mało kto umie jednocześnie wejść w pokrzywiony, dziwaczny świat osoby z jakimś poważnym problemem i zachować swój własny, zdroworozsądkowy punkt widzenia. A szkoda, bo tylko w taki sposób można osobę schorowaną, zagubioną w swoim cierpieniu, doprowadzić bezpiecznie do brzegu.

W zeszłym roku udało mi się, z dużą pomocą tabletek, bliskich i psychoterapeutki, dobrnąć do jako tako stabilnego portu i w miarę w nim zadomowić. Jestem w miejscu, gdzie już nie muszę rozkminiać w nieskończoność kto, co, jak i dlaczego, gdzie wielu trudnych wydarzeń z przeszłości nie muszę już przeżywać w nieskończoność i gdzie białe jest przeważnie białe, a czarne – czarne. Mój świat zaczął się robić zwyczajny, a życie najczęściej po prostu sobie płynie.

W Nowym Roku życzę wszystkim podczytującym mnie Psycholom, Osobom z Zaburzeniami Psychicznymi i Absolutnie Normalnym Acz Niekiedy Dziwnie Samotnym Ludziom, Którym Inni Wmawiają Jakieś Problemy (wybierzcie, z czym się identyfikujecie, a na resztę nie patrzcie), żeby też odnaleźli taki swój port, a jeśli już go mają – żeby go przypadkiem nie zgubili.

I bierzcie swoje leki. Są warte swojej ceny.

TAGI
PODOBNE WPISY
  • A już najbardziej rozwala mnie jak ktoś mówi/pisze: „nie będę brał/brała psychotropów bo…” – i tu następuje lista Niesamowicie Ważnych Powodów. Ciekawe czy chorując np. na chorobę wieńcową miałby tak samo ważne powody by nie brać leków…

  • Mądraś. Aczkolwiek rada „ogarnij się” jest okropna i paskudna. Rada „idź do lekarza” – bardzo sensowna. Nie mam też nic przeciwko narzekaniu, zwierzaniu się i tak dalej, o ile terapia i/lub psychiatra trwa. Bo jak ktoś narzeka dla samego narzekania, to trochę bez sensu.

  • Pierwszy raz jestem na twoim blogu i widzę że chyba warto zapoznać się z innymi wpisami. Trzymam kciuki i życzę aby udało Ci się pozostać w tym stabilnym stanie i aby NR był dla ciebie po prostu szczęśliwy 🙂

  • Zaburzenia psychiczne to bagaż, którego nie raz „inni” nie dostrzegają, nie rozumieją… Temat bardzo ważny. Trochę przemilczany.

  • Wiciokrzew

    A ja bym powiedziała, że o lekach na dolegliwości fizyczne też łatwo zapomnieć, jeśli ma się je brać regularnie, a przez jakiś czas nie czuje się dolegliwości.

  • Powszechnie mówi się „W zdrowym ciele zdrowy duch”, ale w sumie powinniśmy też powiedzieć… „W zdrowym duchu zdrowe ciało”. Na przykład ja u siebie widzę taką zależność bardzo często. Kiedy mam doła to częściej choruje.

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Prowadzę dwa blogi: profesjonalny (noemi.help) i osobisty (noemi.life). Tu piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa