Kultura

Przemoc w McDusi

Autorstwa z dnia 31 października 2012
To jest opinia, a nie recenzja na zachętę. Zawiera liczne spojlery. Nie czytaj jej, jeśli nie chcesz znać fabuły McDusi.

Przemoc w rodzinie Borejków czytało się źle. Przemoc opakowaną w rodzinne wartości czytało się bardzo źle.

Jak wiele osób zauważa, Borejkowie dawno, dawno temu byli otwartymi, światłymi ludźmi z wysoką kulturą osobistą. Jednak jakiś czas temu coś w tej kochającej rodzinie się popsuło i obecnie rodzina kocha się na pokaz, gubiąc w tym jednostki.

Niedobre dziecko

Jako pierwsza zaginęła Laura, „niedobre dziecko” z „niedobrymi” oczami Pyziaka. Dziewczynka musiała uciec z domu, żeby w ogóle móc się czegokolwiek o swoim ojcu dowiedzieć. Zawsze bardzo było mi szkoda kogoś, kto nie poddawał się indoktrynacji „twoja matka jest taka dzielna, a ty ją tak krzywdzisz”. 

Laura, jak się okazuje w McDusi, nie miała poczucia bezpieczeństwa i odzyskała je dopiero przy Adamie (patrz: scena w lesie), „gubiąc osobowość Tygrysa”. Nadal jednak w wielu scenach widać, jak bardzo jest niepewna siebie i jak bardzo pragnie to zamaskować – wybiera sobie bardzo strojną suknię, stoi sztywna jak gość we własnym domu, a przy Adamie jest krucha i bezbronna.

Niestety, o wszystko obwiniła ojca. Ojca pytała, jak mogła czuć się coś warta, skoro on jej nie chciał i nie chciał też jej cudownej matki – a ja bym chętnie zapytała, jak mogła czuć się coś warta, jeśli rodzina traktowała ją jak enfant terrible zamiast dać jej to, czego rozpaczliwie i przez tak wiele tomów potrzebowała – uwagę, wsparcie, miłość pozbawioną komentarzy, że Tygrysa „kocha się trudno”, a nade wszystko: szczere i stonowane wyjaśnienie relacji matki z ojcem i przyczyn rozpadu ich małżeństwa, tak by mogła to sobie poukładać kilkanaście lat wcześniej. Zasada nierozmawiania o Pyziaku sprawiła, że Laura miała temat całkowicie nieprzepracowany i dojrzewała jako dziecko porzucone przez niego i odrzucone przez rodzinę.

W finale Laura wybacza matce, a nieco wcześniej deklaruje wybaczenie ojcu. Wydaje mi się jednak, że ślub z Adamem i miłość do niego to za mało, by naprawdę mogła się oczyścić. Raczej po prostu zamknęła tamten rozdział swojego życia.

Józinek – sprawca, ale i ofiara przemocy

Czytelników McDusi zbulwersowała scena, w której Józinek potrząsa Magdą i woła „Wstydu nie masz?”, a także cała reszta jego – eksplorowanej w dalszej części książki – ostrej mizoginii. Mnie też zbulwersowała: przeczytałam ją trzy razy i za każdym razem była obrzydliwa. Również tekst do znacznie młodszego brata, by się nie mazał, był bardzo brutalny.

Tyle że Józef jest synem Idy. Idy, która w tym tomie nie tylko obraża na każdym kroku Magdę, publicznie, drwiąc z niej, pouczając, rzucając aluzjami itd., ale także atakuje swoje własne dziecko. Dziecko, które niechcący się upiło. Józef nie ma prawa do obrony – zostaje zwyzywany, a potem Ida, na co dzień lekarz, rzuca w niego słoikiem z musztardą. Szklanym. Z taką siłą, że zawartość słoika rozbryzguje się na ścianie tuż obok głowy Józinka. Chłopak miał szczęście… Później Ida zaciąga syna pod lodowaty prysznic, a warto pamiętać, że dzieje się to w obecności dwóch nastolatek: młodszej siostry oraz siedemnastoletniej Magdy. W finale kochająca, cudowna Borejkówna wpada w histerię i trzeba ją położyć do łóżka i otulić, bo nie nadaje się już do niczego. Scena jest szokująca – opis nie oddaje jej okropieństwa.

Józef nie tylko zostaje tym lodowatym prysznicem upokorzony, ale także przeziębia się. Borejkowie, zajęci wigilią, ignorują to. Przede wszystkim ignoruje to Ida (lekarz!), każąc Józinkowi wystąpić w roli Gwiazdora i wysmarowując go szminką (kolejne upokorzenie, skomentowane przez niego). Przy okazji Ida neguje jego uczucia i nakazuje mu pouczyć brata o szpinaku. Potem Józef jedzie pod Poznań i wraca do Poznania na pasterkę, czując się coraz gorzej i doziębiając jeszcze bardziej. Dopiero po zakończeniu Wigilii do Borejków dociera, że chłopak jest chory (przypominam ponownie, matka jest lekarzem; ojciec zresztą też, ale jest nieobecny w powieści – i w życiu chłopaka pewnie też). Józinek dorobił się ponad 38 stopni gorączki i Ida, zapewne w ramach poczucia winy, terroryzuje go, każąc mu nie wychodzić z łóżka.

Moje pytanie brzmi: jak Józef, nastolatek z matką kwalifikującą się na terapię z powodu poważnych zaburzeń emocjonalnych i skłonności do przemocy werbalnej, emocjonalnej i fizycznej (widzimy Idę tylko przez kilka dni, ale nikt nie jest zdziwiony jej zachowaniem), miałby w ogóle szanować kobiety? Kto miałby go tego nauczyć?

Pogarda i przytyki

Janusz Pyziak, który przyjeżdża na ślub Laury, nie jest tam mile widzianym gościem. Jest raczej, bez ustanku, karany za zbrodnię dwukrotnego porzucenia Gabrysi i jej dwójki dzieci. Nikt go nie chce, nikt nie szanuje, Laura wyskakuje na niego z wieloletnimi pretensjami (i przynajmniej częściowo odreagowuje na nim swoją wściekłość), a słodka Łusia wpędza w kompleksy na punkcie mówienia „ja”. Nic dziwnego, że przy jego nadciśnieniu takie traktowanie kończy się udarem.

Pyziaka mi szkoda w tym tomie. Jest człowiekiem słabym i zagubionym, stara się, ale nie potrafi już odzyskać kontaktu z rodziną i do niej nie należy. Pod koniec stwierdza, że błędem było przyjechanie – chyba słusznie, choć z drugiej strony obydwie głęboko zranione przez niego kobiety mogły jakoś uporządkować relacje z nim.

Janusz ma jednak świetny, bardzo trafny tekst:

– Tak? – rzucił gość i łypnął złym okiem, podczas gdy krew mu uderzała do twarzy. – A ja myślałem, że to był przytyk. Przytyk. Bo wy tak lubicie robić przytyki. – Mówił tonem wzmagającej się agresji, czekając najwyraźniej na rozwinięcie się rozmowy w spór. – Tak się lubicie ciągle wywyższać, a każdy, kto jest słaby lub grzeszny, zasługuje oczywiście tylko i wyłącznie na waszą pogardę.

W McDusi rzeczywiście widzimy pogardę wobec osób nierozumiejących poezji, jedzących frytki i oglądających telewizję (domyślnie jest to ta sama grupa ludzi). Jest to pogarda wręcz uderzająca, budząca w czytelnikach przekorną chęć zjedzenia frytek (lub chipsów) i włączenia TV.

A jednak riposta Borejków jest następująca:

– Nie każdy bynajmniej… – zaczął dziadek wreszcie, marszcząc brwi, a babcia mu przerwała, mówiąc stanowczo i z mocą:

– Nikim nie pogardzamy, Januszu. Z zasady. Nikim. Wiedz o tym.

– Niektórzy ludzie jednak – nie wytrzymał dziadek – pogardzają sami sobą i dokonują mimowolnie tego, co w psychologii nazywa się przeniesieniem…

Babcia go uszczypnęła.

– Ale mówiliśmy wszak o kryzysie – Ignacy Borejko po­słusznie zmienił temat na, jego zdaniem, lżejszy.

„Nikim nie pogardzamy” jest tu wyraźnie obłudne i widać, że pozostaje zasadą – którą dziadek Borejko chętnie łamie. Ten temat jeszcze powróci, w wykonaniu Ignacego Grzegorza.

Ignacy Grzegorz – idealistyczny/a „miągwa”

Ignacy Grzegorz jest w tym tomie najsympatyczniejszym członkiem rodziny Borejków. W ogóle nie przypomina dziecka, którego nikt nie rozumiał i które nikogo nie rozumiało: teraz rozumie momentami aż za wiele (choć ma słabszy moment w scenie w szpitalu).

Wyczuwa, co boli Magdę, wielokrotnie dba o jej dobre samopoczucie. Z niedopowiedzeń wyczytuje całą jej nieudaną historię miłosną i zamienia jej wspomnienia związane z kłódką na moście. Akceptuje jej upodobania kulinarne, stawiając jej na powitanie miseczkę z chipsami. Stwierdza, że „chorym pomysłem” było sadzanie Idy koło Magdy w Wigilię i tak manewruje karteczkami, by Magda mogła usiąść koło niego. Widzi, co komentarze Idy robią Magdzie, jest tym wstrząśnięty i jest mu wstyd za ciotkę. Raz po raz zabiega o to, by inni czuli się w jego obecności dobrze, skłania do zwierzeń Aurelię, nie naraża Bernarda na niepotrzebne poczucie winy związane z suknią… „Miągwa” jest uroczy i dojrzały ponad wiek, choć z taką empatią i łagodnością wpisuje się raczej w kobiecy gender.

Dwukrotnie w powieści i dwukrotnie w obronie Magdusi łagodny i wrażliwy Ignacy Grzegorz ucieka się do przemocy fizycznej. Raz uderzając kuzyna w nos, do krwi, raz odstraszając bandziorów. Nie jest z tego zadowolony, jednakże w obydwu sytuacjach zyskuje czyjś szacunek: raz kuzyna, raz samej Magdy.

Ciekawy jest dialog Ignasia i Magdy, który następuje zaraz po scenie udaremionego ataku na nich:

– Bliźni – przytaknął po chwili konsternacji. – I w dodatku rodacy.

– Bydlacy, nie rodacy – powiedziała przez nos i sięgnęła po chusteczkę.

– Nie wolno o człowieku mówić per „bydlak” – zaprotestował gwałtownie Ignacy Grzegorz. – Ani poniżać kogoś, ani kimś gardzić.

– Co, z nimi też czujesz się związany?!

Westchnął i on.

– Hm. W jakimś sensie – tak. Ale to jest, Magdusiu, temat na dłuższe rozważania – rozgadał się, wciąż trzymając ją w objęciach. – Nie może być tak, że ludzie wciąż dzielą się na wrogie plemiona. W jedności siła. Musi istnieć jakiś uniwersalny sygnał dobra, do którego można się odwołać, jakiś kod, wspólny dla wszystkich. Może to kiedyś znajdę – na razie to dla mnie za ciężkie…

„Uniwersalny sygnał dobra” jest ewidentnym odwołaniem do ESD z „Kwiatu kalafiora”, a sam Ignaś sprzeciwia się pogardzie nie „z zasady”, tylko faktycznie. Mówi też o poniżaniu i wyzwiskach oraz o podziałach, czyli tym, co przewijało się przez cały tom. Jednak jest członek rodziny Borejko, któremu się udało odciąć od zgubnego przekonania, że „my jesteśmy lepsi” i nadal kieruje się wartościami.

Jest to również odpowiedź na fragment otwierający McDusię:

Ale to nie znaczy, że ktokol­wiek ją zaatakował – po prostu usunęli człowieka z drogi, jak zawadzający przedmiot. Byli wściekli, szczelnie zamknięci w swoim świecie, i tak obcy, jak stworzenia z innej planety.

W latach licealnych Gabrysia Borejko wymyśliła sobie Eksperymentalne Sygnały Dobra, za pomocą których miała zamiar zmieniać świat. Wtedy, a nawet jeszcze parę lat temu, na pewno czynnie by zareagowała w takiej sytuacji. Może by perswadowała. Może próbowałaby nawiązać kontakt. Ale teraz, już dorosła i doświadczona, wiedziała dobrze, że tuż obok żyją ludzie, z którymi raczej trudno się porozumieć i że są nawet tacy, których można się już tylko obawiać. Rozsądek nakazywał odwrót.

„Miągwa” ze swoją postawą pasuje do pierwszych tomów Jeżycjady. Pozostali Borejkowie trochę się pozamykali w swoich światach. Co nie znaczy, że kogokolwiek atakują… świadomie.

Co właściwie napisała autorka…?

Nie rozumiem Musierowicz i jej podejścia do postaci. Nie wiem, co chciała napisać i czy to, co jej wyszło, jest tym, co zaplanowała. Bo napisała świetny dramat obyczajowy o dysfunkcyjnej rodzinie z etykietką „dobrego domu”, zagubionej w rzeczywistości z innego świata, a następnie pokryła ten dramat grubą warstwą lukru i dydaktyzmu. Efekt jest niestrawny.

Uważny czytelnik ma szansę wychwycić, że Musierowicz widzi, iż Borejkowie nie są do końca w porządku. Zachowanie Idy jest wielokrotnie nazywane. Padają słowa „nietakt”, „mobbing”, „przemoc domowa”, jest też komentarz do narażenia syna na chorobę i przetrzymywania go w łóżku. Dowcipy rodzinne określane są jako takie, które miały być śmieszne (ale nie były). Bardzo dyskretnie krytykowane są zachowania dziadka Borejko. A jednak w finale Józinek zostaje wyśmiany przez dziewczynę przedstawianą jako porządna, krytykujący Borejków Pyziak trafia do szpitala, nazbyt strojna suknia jedzie w Polskę, by Laura mogła ubrać się skromnie…

Sama końcówka jest optymistyczna: ślub Laury ma zwiastować nowy początek, sprawa Pyziaka chyba zostaje wreszcie zamknięta, a przemyślenia Gabrysi można streścić słowami „lecz ludzi dobrej woli jest więcej”. Znamienne, że utwierdza ją w tym niechcący usłyszana wypowiedź Magdy, kierowana do jej syna. Tylko czy bycie „dobrej woli” na pewno wystarcza…? Pełni dobrej woli Borejkowie zniechęcają w tej powieści bardziej niż grupka wyrostków z podziemia pod hotelem Mercure. Jeżeli to było celowe, być może książka jest celną krytyką środowiska inteligenckiego i rozszczepienia społeczeństwa, ale obawiam się, że to po prostu bardzo źle napisana powieść, która wymknęła się autorce spod kontroli.

TAGI
PODOBNE WPISY
NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa