Lifestyle

Przystanek w bardzo długiej podróży

Autorstwa z dnia 19 maja 2016

Jestem jedną z tych osób, które przenigdy nie odnajdą się w świecie korporacji, trybików, awansów itd. Warszawski Mordor to dla mnie ucieleśnienie koszmaru – z początku może dobrze bym się bawiła, ale z czasem po prostu bym tam obumarła. Niee, to nie ja!

Problem w tym, że wychowano mnie do takiej właśnie roli. I bardzo trudno mi się z niej wydostać do końca. Gdzieś tam wewnątrz cały czas pokutuje we mnie „dziecko, nie siedź tyle przed komputerem, ucz się i zdobywaj dobre stopnie” i moja matka, chodząca wbrew sobie codziennie do pracy w kolejnej międzynarodowej korporacji. Gdzieś tam nadal tkwi oglądanie się na innych, którzy już Coś mają (porządną pracę, taką do wpisania na LinkedInie). Dołożyłam sobie obciążenie studiami, na których nauczyłam się, że niektóre ścieżki zawodowe są Be i Nie Cacy, bo badania nie potwierdzają skuteczności, bo to i tamto… Wrzuciłam sobie ambicje, które nie do końca są moje (tylko dlatego, że kogoś/coś podziwiałam) i choć czuję, co we mnie rezonuje Tak Naprawdę, trudno mi po to zejść z wyżyn moich wizji.

Moja przyjaciółka ma, jak sądzę, podobnie. Od lat pasjonuje się manikiurem i jest naprawdę fantastyczna. Ma pewną rękę, dobre techniki, fafnaście tysięcy lakierów, prowadziła nawet bloga o paznokciach zanim to było modne. Ilekroć u mnie jest, doprowadza mi wszystkie dwadzieścia paznokci do porządku – dla własnej satysfakcji. Jej przyszła teściowa, zawodowa manikiurzystka, zachwyca się jej pracą i mówi, że już jest lepsza, niż dziewczyny po kursach, które przychodzą do pracy. Wystarczyłoby szkolenie i proszę – fach w ręku. Ba, z testu predyspozycji zawodowych, który jej zrobiłam, wynika, że manikiur to jej przeznaczenie. Ale ma opory. Jakie? Cóż. Dziewczyna jest po studiach, zna języki, przed kryzysem w branży pracowała w naprawdę dobrych firmach. U mnie to byłaby blokada. Czy u niej też? Tak domniemam.

No a ja… W trakcie studiów chciałam być naukowcem, mimo że tak naprawdę nużyłoby mnie siedzenie w wynikach badań. Intelektualnie to ogarniam: statystyka w SPSS-ie była dla mnie fajną rozrywką (i niezłym źródłem dochodów w okolicach sesji), a z metodologii wymiotłam po całości, uzyskując po raz czwarty w życiu prowadzącego maksymalną ilość punktów z końcowego testu i zdając egzamin bez żadnego przygotowania. Ale to NUDNE. Obce, za zimne, nie takie. Tylko że DOKTOR, a potem PROFESOR, rozumiecie. TYTUŁ. Szpaaaan. Co z tego, że uczelnia to też taka korpo, i to z układami?

Mam straszną presję na najwyższe osiągnięcia, wyniesioną oczywiście z domu („dziecko, ty jesteś genialne, wybitne, och i ach”). Kiedy jeszcze bawiło mnie pisanie opowiadań (wolę publicystykę, a moja twórczość literacka była zawsze zaangażowana społecznie – od najmłodszych lat wychodziła ze mnie mała pozytywistka), byłam przekonana, że napiszę jakąś powieść. Wielką. Na miarę „Lalki” (wspominałam o pozytywizmie?). Wychowawczyni kolonijna na pamiątkowej karcie napisała mi „dla przyszłej noblistki”. I żyję sobie z taką presją, a to znowu nie ja.

Dużo fajniej mi BEZ wielkiej presji na osiągnięcia i wysoki status w społeczeństwie. Ostatnio znajomemu z warsztatów mówiłam, że kiedyś widziałam się jako Eksperta Mówiącego Światu Co I Jak, ale to też znowu nie ja, tylko jakaś tam maska, która przyplątała mi się wieki temu i została. Ja jestem znacznie skromniejsza i choć wielokrotnie upieram się przy swoim zdaniu, wcale nie wiem wszystkiego o wszystkim, dostrzegam wielość perspektyw, uważam różne sprawy za zależne od punktu widzenia i w ogóle…

Ze znajomym poszłam daleko w odkrywaniu, co jest tak naprawdę MOJE, a nazajutrz przyjaciółka poprosiła mnie o coś i przypomniało mi się jeszcze więcej informacji o mnie i o tym, co mnie naprawdę ciągnie i co z rozkoszą robiłabym, gdyby nie istniały systemy oczekiwań społecznych, statusy, prestiże itd. Muszę to sobie znowu spisać – już mam notatki sprzed kilku lat, bo te tematy są ze mną od dawna (a nawet jeszcze dłużej), ale teraz wszystko powolutku nabiera sensu. Choć na razie nadal nie czuję się na tyle pewnie, żeby o tym napisać.

Bycie sobą jest niesamowitym wyzwaniem.

journey

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Ja mam trochę inaczej, moi rodzice mają średnie wykształcenia, nie studiowali, nie pracowali naukowo. Pracowali raczej fizycznie, mama od mojego urodzenia już właściwie nie pracowała. I tak sobie myślę, jak to po latach okazuje się, że w sumie jesteśmy dość podobni do rodziców 😀
    Ale co do mnie to też słyszałem, że jestem wybitny, blablabla, jak miałem pomysł żeby zostać kucharzem (chyba dobry zawód – ludzie zawsze jeść będą musieli 😛 wprawdzie fryzjer byłby lepszy, ale nie wziąłbym odpowiedzialności za czyjeś włosy), to słyszałem: z takimi ocenami do takiej pracy? w sensie, że powinienem był studiować, baa, niektórzy uważali że powinienem studiować medycynę 😀 tak jakby człowiek pracujący fizycznie musiał być głupi…
    A teraz to nie mam ambicji zawodowych, chciałbym tylko w spokoju pracować w jakimś w miarę przyjemnym miejscu i nie mieć zbyt ciężkiej pracy. Właściwie lubię pracę na produkcji (lubię widzieć widzialny, mierzalny i fizyczny efekt mojej pracy, lubię „trzymać w ręku” ten efekt, więc żadna praca umysłowa nie bardzo mnie pociąga). Tylko produkcja produkcji nierówna – jakaś brudna, ciężka, na hali, która wygląda jak na dworze to nieee… ale w ciepłej hali, w miarę czystej i jak muzyczka sobie gra to fajnie jest 😛

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa