Rozwój

Rozwój osobisty nie dla każdego i nie zawsze

Autorstwa z dnia 20 listopada 2018

Rozwój osobisty to jest bardzo fajna sprawa i, jak świetnie wiecie, jestem jego ogromną fanką. Jednak z czasem zaczęła do mnie powracać refleksja, że może nie zawsze warto się za niego brać…

Zaczęło się wiele lat temu, kiedy czytałam standardowe poradniki motywacyjno-rozwojowo-biznesowe, będąc w depresji. To były moje pierwsze poradniki w życiu i co prawda był we mnie głód rozwoju (rzuciłam pracę biurową i co dalej?), ale książki mnie tylko frustrowały. Nijak nie miały się do moich możliwości, a czytanie o sukcesach innych nie motywowało mnie w ogóle, a jedynie przypominało, że ja nie dam rady. No bo jak się wstaje z łóżka o 18 „rano”, to jakie sukcesy można osiągnąć poza umyciem się (z trudem) i przygotowaniem sobie śniadania (jakiegokolwiek)?

Wtedy właśnie przyszło mi do głowy, że książki tego typu nie są dla każdego – że trzeba je czytać, będąc w miarę dobrym stanie psychofizycznym. Porównywanie się z innymi naprawdę nie pomaga, chyba że Twoi celem jest poczuć się jak ostatni nieudacznik.

Potem się (niestety) trochę uodporniłam i zaczęłam pochłaniać rozwój. I wtedy wyłonił się kolejny problem: ucieczkowość. Nieźle jest się porozwijać, ale najpierw trzeba ogarnąć sprawy zasadnicze. Tymczasem ja nie miałam żadnych dochodów i nie leczyłam swoich stanów depresyjno-hipomaniakalnych, a czytałam książki o budowaniu charyzmy – właściwie po co? Wtedy wydawało mi się oczywiście, że ma to głęboki sens i ta charyzma pozwoli mi osiągnąć cele… Pomarzyć dobra rzecz. Przynosiło ulgę. Ale to wszystko.

W tę drugą pułapkę wpadam do dziś: zabieram się za sprawy nieistotne w danym momencie, bo o, obserwowana osoba właśnie robi webinar / kurs. I potem czuję się mondra. Ale na życie nie przekłada się to nijak. Rozwój zamienia się w hobby, które nie daje efektów, bo nie może.

Dawniej twierdziłam, że to ma sens. Ale jednak nie. Bo poświęca się dużo czasu i nierzadko pieniędzy na coś, co nie jest wdrażane w praktyce i w konsekwencji – ulatuje. Albo niby się to pamięta (ja jestem nadal całkiem dobra z teorii Dynamiki Bogactwa), ale nie przekłada się to na nic pożytecznego. No, hobby. Można mieć, ale po pracy…

Koniec końców zaczęło do mnie docierać, że z rozwojem jest jak ze Spektrum Dynamiki Bogactwa: każdy z nas jest w życiu na pewnym poziomie i w zależności od poziomu, na którym się jest, należy podejmować odpowiednie kroki. Nie te z innego poziomu, bo albo już dawno je opanowaliśmy i wtedy szkoda na to czasu, albo (częściej) przypomina to budowanie zamku na piasku. Posypie się z braku fundamentu.

W depresji jesteśmy – jak sama nazwa wskazuje – na poziomie minus ileś. Powiedzmy minus trzy. Więc trzeba podjąć takie działania, które zaprowadzą nas na poziom minus dwa, a potem przejść na minus jeden – bez skakania. Takie działania też są w pewnym sensie rozwojem osobistym, tylko że osadzonym w konkretnym kontekście. Przykładowo opanowuje się sztukę chodzenia spać o północy i wstawania o dziewiątej rano… coś, co człowiek z poziomu plus osiem ma już dawno obcykane. Ale my nie. (W ogóle to Złote Myśli wydały kiedyś książkę Sztuka spania i wstawania (KLIK!), więc to ewidentnie problem wielu ludzi). Więc zamiast rozwijać coś tak abstrakcyjnego jak sztuka zarządzania nieistniejącą firmą, może warto przerobić podstawy?

Kiedyś w nieleczonej depresjo-hipomanii zakładałam biznes… Do dziś pamiętam ten spektakularny upadek. W tym samym czasie zapisałam się na bezpłatny staż w Niebieskiej Linii – nie dość, że pracowałam w warunkach nie do zniesienia dla osoby w mojej kondycji psychicznej (wieczny stres), to jeszcze żyłam z oszczędności. Wydawało mi się, że to inwestycja, że zdobędę kompetencje i potem znajdę pracę w zawodzie… Czy wspominałam, że byłam tak skupiona na przewyższającym moje możliwości stażu, że zapomniałam, że nie skończyłam magisterki? Mega, nie?

Zabierając się za rzeczy w nieodpowiedniej kolejności można naprawdę pokazowo spieprzyć sobie życie. A przynajmniej jego część.

Dlatego po latach rozwijania się dobrze wiem (przynajmniej w teorii), że rozwój też trzeba planować. Najbezpieczniej jest odpowiadać na bieżące potrzeby: „a teraz potrzebuję się nauczyć tego a tego…”. Tylko że (szczególnie jeśli ma się chorobę psychiczną albo jest się od czegoś uzależnionym), bardzo warto podczas planowania skorzystać z pomocy drugiej osoby – bo samemu ma się skłonności do wypierania trudnej rzeczywistości i przeceniania swoich możliwości.

Mam nadzieję, że jak zdobędę odpowiednie kompetencje (jestem w trakcie kursu z podstaw coachingu – pora w końcu porzucić freelancing), to będę właściwą osobą do planowania innym rozwoju. Ostatecznie mam obcykane chyba wszystkie możliwe błędy, które można przy tej okazji popełnić.

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Natu Reza

    Dobry wpis.
    Mnie bardzo przekonuje podejście do tematu Magdy z selfmastery.pl. Na pewno nie promuje ona tandetnego amerykańskiego coachingu i zdobywania świata ale podchodzi do rozwoju z pełną empatią i racjonalizmem. I fakt, mnie co prawda ze skłonnościami depresyjnymi, bardzo mocnymi swego czasu, lektury o tym „jak osiągać sukces” nie tyle dołowały co zabrały mnóstwo czasu, którego nie użyłam na ogarnięcie się. W ogóle. Jedynie bujałam w obłokach, zamiast rozwiązywać palące wtedy kwestie dotyczące chociażby zdrowia psychicznego….

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 33 lata i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa