Kultura

Jak się sprawdza czytnik za złotówkę? Recenzja inkBooka z Legimi

Autorstwa z dnia 19 sierpnia 2015
Przede wszystkim, jeżeli jeszcze o tym nie wiesz, Legimi (księgarnia + e-booki w abonamencie) wprowadziło rewelacyjną ofertę na wzór tej z telefonii komórkowych. Wykupujesz abonament (płacąc nieco więcej niż zwykle), a dzięki temu możesz kupić czytnik e-booków za złotówkę. Rewelacja!

Jestem wielką fanką dostępu do kultury w abonamencie. Od dwóch i pół roku korzystam ze Spotify i z pewnością będę jedną z pierwszych osób, które rzucą się na Netfliksa, kiedy tylko wejdzie do Polski.

Tak więc nie dziwi, że Legimi lubiłam od dawna. Jednak nie za bardzo miałam jak korzystać z ich oferty, podobnie jak wielu innych fanów e-booków. Moje dotychczasowe czytniki, Nook i śp. Kindle, nie obsługiwały aplikacji Legimi, czyli nie mogłabym czytać na nich książek w abonamencie. Pozostawał mi komputer, ale to średnia frajda czytać z monitora, no i smartfon (brr). Tabletu nie mam, zresztą też świeci.

Czyli musiałabym kupić nowy czytnik. I to taki za 500 zł. No sorry, mam ważniejsze wydatki.

Ale czytnik za złotówkę? I to jeszcze tak dobry, jak inkBook?

Oczywiście tak naprawdę płaci się za czytnik, jego cena jest wliczona w abonament. Jednak biorąc pod uwagę rynkową wartość inkBooka i abonament w Legimi bez czytnika, 17 zł miesięcznie rozłożone na 24 miesiące to nie jest jakaś powalająca kwota. A te 45 zł abonamentu to koszt jednej droższej książki miesięcznie. Lub dwóch e-booków.

oferta-legimi

Rzuciłam się na ofertę, kiedy tylko o niej usłyszałem. Podobno jestem konsumentką idealną, no ale dostęp do masy e-booków, w tym wielu nowości i bestsellerów oraz takich fajnych autorów jak Gaiman i King… Aż się prosi.

Czytnik przyszedł kilka dni temu, dostarczony przez darmowego kuriera, w ładnym pudełeczku i ze skórzanym etui. Nadal go odkrywam. Dziś na przykład ściągnęłam sobie na niego aplikacje Amazonu i Kindla, co oznacza, że będę mógł wygodnie korzystać z największej księgarni na świecie. Mrau. Po co komu Kindle, jeśli może mieć fajniejszy czytnik z większą ilością opcji, który mimo to będzie otwierał zaszyfrowane książki z Amazonu?

legimi-pudelka

InkBook to mój pierwszy czytnik z podświetleniem i muszę przyznać, że po kilku dniach nie wyobrażam już sobie zrezygnowania z tej opcji. O ile dobrze policzyłam, do wyboru mam aż 24 poziomy podświetlenia, przy czym mnie w zupełności wystarczy poziom trzeci lub czwarty. Dwudziesty czwarty to już latarka. Ustawiam zatem leciutkie podświetlenie i tekst staje się znacznie wyraźniejszy, już nie wspominając o tym, że mogę czytać książki także w oczekiwaniu na nocny autobus czy w innych do tej pory niekomfortowych warunkach. To jedna z tych rzeczy, których braku zupełnie się nie odczuwa… dopóki się nie wie, co się traci.

Aplikacja Legimi jest bardzo ładna, przejrzysta i wygodnie się z niej korzysta. Można oczywiście zmieniać wielkość i rodzaj czcionki, robić zakładki, zaznaczać ulubione fragmenty, przechodzić do spisu treści lub przewijać pasek książki o ileś procent. Ciekawym bajerkiem są statystyki czytania – Legimi informuje mnie, że przez ostatnie 7 dni czytałam średnio 31 minut dziennie w tempie 457 słów na minutę. Ha, całkiem niezły wynik.

Oczywiście w ramach abonamentu nie ma dostępnych wszystkich książek (choć jest ich 12 000 i ta liczba stale wzrasta). Czasami to trochę irytujące: rozczarowała mnie nieobecność kolejnych tomów właśnie odkrytej trylogii o Chloe King (takie nastoletnie fantasy – nigdy z tego gatunku nie wyrosnę) – nie wiem po co umieszczać w ofercie tylko początek serii? Brakuje mi też Pratchetta i Sapkowskiego, których niby mam w wersji papierowej, ale zostawiłem je w rodzinnym mieszkaniu. Za to jest Pawlikowska wraz z rozmówkami, Fastlane Milionera, wspomniany już Gaiman i wiele innych interesujących mnie tytułów. Przyznam, że na razie znajomość z czytnikiem ograniczam do Legimi, bo nie mam po co sięgać po inne źródła książek 😉

Gdybym chciała wzbogacić czytnik o nowe możliwości, to do dyspozycji mam wgrany już Midiapolis App Store, a w nim Feedly, Kobo Books, Nook i ponad 70 000 innych aplikacji (z których nie wszystkie, rzecz jasna, nadają się na pseudotablet). Mogę też oczywiście wgrać książki po kablu. Do tego polecam najpierw zainstalować Total Commandera (aplikacja Internet -> Google -> Total Commander Apk -> wersja na Androida) – to bardzo ułatwia życie.

To, że czytnik działa na Androidzie, jest jednocześnie dobre i złe. Dobre, bo jest to mały przenośny i sprawnie działający tablecik z imponującymi możliwościami rozbudowy. Złe, bo Android zużywa strasznie dużo baterii. Odebrałam czytnik w piątek i w poniedziałek musiałam ładować baterię. Inna sprawa, że zdążyłam w tym czasie przeczytać trzy książki.

Nie wszystko działało prawidłowo. Na przykład w pewnym momencie Aldiko zniknęło mi z listy zainstalowanych aplikacji, a podobno preinstalowany FBReader w ogóle nigdy nie pojawił się na liście. Na to pierwsze pomógł restart czytnika, jak zawsze przy Androidzie. FBReader nie chciał się nawet zainstalować, ilekroć próbuję, tylekroć wyświetla mi się komunikat „Niekompatybilne!”. Trudno. Aldiko też jest fajne: obsługuje podświetlenie, ma wiele fontów do wyboru (z pismem ręcznym włącznie!), opcję czytania w układzie poziomym i parę innych zalet. No i jest kompatybilne ze sklepem, w którym znajduje się mnóstwo anglojęzycznych książek w domenie publicznej.

z www.the-ebook.org

z www.the-ebook.org

Jeśli chodzi o samą budowę inkBooka, na uwagę zasługuje zwłaszcza rewelacyjny ekran z bardzo wysokim kontrastem. Strony ładują się szybko, a widoczne niekiedy pozostałości poprzedniej w ogóle nie przeszkadzają. Podobno przy włączonym WiFi podświetlony ekran trochę miga, ale ja tego w ogóle nie zauważyłam. Jakby ktoś miał z tym problem – wystarczy, że na czas czytania wyłączy sobie internet. [edit: To była kwestia braku aktualizacji oprogramowania. Obecnie problem nie występuje.]

Obudowa jest ładnie zaprojektowana, granatowa i miła w dotyku – gładka, ciepła i nie wyślizgująca się z palców. Poza tym czytnik jest trochę lepiej wyważony niż mój Kindle Classic, aczkolwiek tym, jak się układa w dłoni nie dorównuje niestety Nookowi (chyba nic nigdy mu nie dorówna). Również etui jest bardzo przyjemne w dotyku, nieduże (Nook miał wielkie puchate etui, które zawsze zdejmowałem do czytania) i, co ważne, zamykane na magnesik. Żadnych paseczków!

Przyciski działają sprawnie i w sumie wolę z nich korzystać niż pacać po ekranie, który nie należy do szczególnie czułych i przez to czasami mnie olewa (wciąż traktuję go jak Nooka).

Myślę sobie, że nowa oferta Legimi ma szansę zrewolucjonizować rynek e-booków w Polsce. Abonament to świetna opcja dla nałogowych czytaczy: fakt, że nie ma się tych książek na własność, ale wciąż pozwala to zaoszczędzić sporo pieniędzy. Jednak do tej pory potężnym ograniczeniem była konieczność kupienia za ciężkie pieniądze takiego czytnika, na którym da się korzystać z Legimi – a za dużo na rynku ich nie było. Teraz w cenie złotówki (czy, jak wolimy, 17 zł miesięcznie), dostajemy dobrej jakości czytnik, który spokojnie może konkurować z Kindlem. Mnie to zachęciło i jestem bardzo zadowolona. Mój współlokator też się cieszy, bo może za darmo korzystać z Nooka.

Ach! Jeśli rozważasz zakup inkBooka za złotówkę, najlepiej zdecyduj się w sierpniu, bo załapiesz się na promocyjny abonament 45 zł. Od września będzie on wynosił 50 zł.

PS. Artykuł nie jest sponsorowany.

TAGI
PODOBNE WPISY
NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i kończę psychologię. Wkrótce będę pomagać ludziom jako life, love & sex coach. Na Noemi.Life piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów - znajdziesz tu sporo inspiracji. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Chętnie poznam fajnych ludzi - takich jak Ty. Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa