Higiena psychiczna Lifestyle

Siłownia dla leniwych kanapowców – od czego zacząć?

Autorstwa z dnia 19 listopada 2016
Chcesz być fit. Słyszysz, że karnet na siłowni to super motywacja, ale nie wiesz, co gdzie jak. Od podstawówki miałaś zwolnienie z wu-efu, o mięśniach nie wiesz nic, na trenera personalnego Cię nie stać, z tekstu nie umiesz się uczyć fitnessu, a zajęcia grupowe kolidują z Twoim grafikiem.

Wykupujesz więc karnet, przychodzisz na siłownię i… stajesz bezradnie na środku. Wokół Ciebie ludzie trenują, a Ty chcesz uciec i płakać. Z minuty na minutę czujesz się coraz bardziej beznadziejnie.

Jak to przełamać i zmotywować się do treningów…?

Przed takim mniej więcej problemem stanęła Rosaline – feministyczna blogerka/vlogerka, którą czytam chętnie i regularnie.

Ponieważ przez większość mijającego roku miałam dokładnie tak samo, postanowiłam podzielić się z nią – i z Wami – swoim doświadczeniem.

Nie jestem trenerem personalnym ani fit-blogerką, nie ułożę Ci planu. Ale powiem Ci, co mnie pomogło zwalczyć niechcieja.

Pierwszym krokiem było podjęcie postanowienia: przynajmniej raz w tygodniu chodzę na siłownię. Raz w tygodniu spakować plecak i wyjść z domu – jakoś dam radę.

Nosiłam się z tym celem, zapisując go w „Dzienniku Coachingowym„, przez cały miesiąc (równolegle wciąż opłacając karnet wykupiony na Nowy Rok 2016), aż w końcu, wraz z listopadową opłatą, szlag mnie trafił i poszłam na siłownię.

Jak wygląda trening początkującego kanapowca

Wyszłam z takich założeń:

  • trenuję aż się zmęczę
  • nie przeciążam siebie ani żadnej partii mięśni
  • uważam na swoje dawne kontuzje (kiedyś uszkodziłam sobie kolano, a niedawno kostkę u drugiej nogi; ich nie przeciążałam)
  • staram się dobrze bawić
  • dbam o nawodnienie.

Najpierw przez piętnaście minut maszerowałam na bieżni w trybie regulowanym przez urządzenie (wystarczyło wprowadzić wiek, wagę i cel treningu, a maszyna myślała za mnie). Równocześnie oglądałam sobie „Shreka” na Netfliksie: znam film na pamięć, jest z dubbingiem, łatwo mi śledzić fabułę. Bieżnia miała podpórkę na telefon i pojemnik na wodę, którą regularnie popijałam (hint: jeśli czujesz pragnienie, to znaczy, że już się odwadniasz!). Ćwiczyłam w pełnym komforcie, a kiedy mi się znudziło – po prostu rzuciłam bieżnię.

Po krótkim odpoczynku poszłam do sekcji ze sprzętem siłowym. Czego tam nie było! Każda maszyna od czego innego, niektóre strasznie skomplikowane… Na szczęście  urządzenia miały instrukcje obrazkowe, ilustrujące jak trenować i które partie mięśni będą wzmacniane. Obrazki, w większości intuicyjne, były uzupełniane przez opisy po angielsku.

Wybrałam najprostsze urządzenie i zaczęłam ćwiczyć. Obciążenie? Zaczęłam od najmniejszego i zwiększałam aż do momentu, w którym poczułam, że mięśnie rzeczywiście (trochę!) pracują. Dziesięć powtórzeń, uff, uff. Zmęczyłam się.

Zmiana maszyny i znowuż to samo. Chyba że maszyna bardzo przypadła mi do gustu, wtedy robiłam drugą serię.

Niektórych instrukcji nie rozumiałam – takie maszyny po prostu omijałam. „Zajmę się nimi innego dnia”, myślałam sobie.

Poćwiczyłam tak na sprzęcie siłowym przez drugie piętnaście minut, po czym uznałam, że mam dosyć, jestem zmęczona i idę do domu. Zabrałam butelkę z wodą i telefon i poszłam sobie do przebieralni.

Ogólnie: nie przetrenowałam się, a było fajnie i dowartościowująco („ćwiczę! przeszłam cały kilometr! zrobiłam dziesięć powtórzeń!”). W sam raz, żeby chcieć wrócić. Jak odsapnę.

Siłownia dla początkujących: wnioski

Po namyśle wydaje mi się, że moje problemy z siłownią sprowadzały się do perfekcjonizmu i złych skojarzeń z wu-efem. Chciałam ćwiczyć tak sprawnie i profesjonalnie jak Chodakowska, a to bez sensu, bo nią nie jestem. Ja dopiero zaczynam!

Równocześnie w głowie miałam pokrzykujących na mnie nauczycieli wychowania fizycznego i krytyczne komentarze bardziej sprawnych koleżanek (w dzieciństwie byłam nie tylko okularnicą, ale i klasową łamagą oraz kozłem ofiarnym, zwolnienie z wu-efu było dla mnie wybawieniem od tortur).

Efekt: nierealne wymagania wobec samej siebie i karanie siebie samej za to, że ich nie spełniam.
#bezsęsu

Tymczasem siłownia dla dorosłych to nie lekcja wu-efu w gimnazjum. Ludzie są zajęci sobą oraz, jeśli trzeba, życzliwi i pomocni. Kiedy nie wiedziałam, jak coś ustawić, obca dziewczyna trenująca na sąsiednim urządzeniu pomogła mi skonfigurować maszynę. Wiem, że jak się przełamię, będę mogła poprosić jednego z trenujących chłopaków o pokazanie mi, jak się ćwiczy na nieznanym mi sprzęcie. Mogę ćwiczyć w swoim tempie początkującego kanapowca i tak długo, jak chcę. Oraz, co najważniejsze, nikt mi nie wystawi złej oceny, jeśli nie dam rady zrobić trzydziestu brzuszków albo będę miała zły czas.

To ma być komfortowe i fajne! Ma mi się chcieć – więc mam zrobić wszystko, co sprawi, że będzie mi się chciało. Czyli co? To już kwestia indywidualna…

Mnie wystarczyło więc przełamać stare schematy i pójść z nastawieniem, że będę się dobrze bawić. Nabycie takiego sposobu myślenia zajęło mi prawie rok, ale się opłaciło – od początku listopada rzeczywiście trenuję. Za jakiś czas może wydłużę trening albo zwiększę częstotliwość?

Na razie raz w tygodniu nie jestem leniwym kanapowcem i dzielnie spalam kalorie. To dobry początek.

A do wielkich celów najlepiej iść powoli acz wytrwale, małymi kroczkami.

Kiedyś będę fit!

***

PS. Raz poszłam ze Współlokatorem. Też jest leniwym kanapowcem, ale przy okazji facetem. Chciał przyszpanować innym facetom i ustawiał sobie za duże obciążenie. Efekt: kilka dni jęczenia na „bolące łapy” i „nieee chceee miii sięęę” w następnym tygodniu. Tak nie róbcie!

PS2. W styczniu kupię sobie ładniejszy strój do ćwiczeń. To też działa na samopoczucie. Na starcie nie chciałam „inwestować w drogi strój”, ale wyglądając ładnie, będę miała większą motywację.

A Wam co pomaga lub pomogłoby zmotywować się do ćwiczeń? Macie jakieś rady dla początkujących leniwców?

TAGI
PODOBNE WPISY
  • Ja od iluś lat ćwiczę podnoszenie ciężarów. To nawet nic trudnego.
    Wystarczy, że wstanę.

  • Dzięki za ten tekst. Jeszcze nie wiem co zrobię żeby to polubić, ale
    najważniejsze to się chyba nie spinać i nie dążyć od razu do super
    wyników. Podniosłaś mnie na duchu. 😀

  • W moim przypadku największa pokusą jest właśnie wzięcie na siebie za dużo i nieumiejętność odpuszczania. W efekcie na początku cisnę ileś powtórzeń ćwiczenia (i nawet mam z tego frajdę), ale potem, po kilku dniach czy tygodniach, jestem jak przekłuty balonik i już mi się nie chce tego robić.

    Cieszę się, że zaczynasz stopniowo – to pozwala na wyrobienie sobie w miarę bezboleśnie nawyku. A że ktoś na siłowni będzie patrzył z pogardą, że nie wyciskasz iluś kilogramów? Nieważne, przychodzisz tu, żeby zrobić coś dobrego dla siebie, a nie w celu zadowolenia obcych ludzi.

  • W moim przypadku największa pokusą jest właśnie wzięcie na siebie za dużo i nieumiejętność odpuszczania. W efekcie na początku cisnę ileś powtórzeń ćwiczenia (i nawet mam z tego frajdę), ale potem, po kilku dniach czy tygodniach, jestem jak przekłuty balonik i już mi się nie chce tego robić.

    Cieszę się, że zaczynasz stopniowo – to pozwala na wyrobienie sobie w miarę bezboleśnie nawyku. A że ktoś na siłowni będzie patrzył z pogardą, że nie wyciskasz iluś kilogramów? Nieważne, przychodzisz tu, żeby zrobić coś dobrego dla siebie, a nie w celu zadowolenia obcych ludzi.

NOEMI
Warszawa

Cześć, mam 31 lat i jestem ambitną dziewczyną, którą los doświadczył wredną, przewlekłą chorobą: dwubiegunówką. Mimo problemów ze zdrowiem nie poddaję się i dążę do osiągnięcia swojego celu, jakim jest pomaganie ludziom jako life, love & sex coach. Prowadzę dwa blogi: profesjonalny (noemi.help) i osobisty (noemi.life). Tu piszę o ogarnianiu swojego życia i realizowaniu własnych celów. Bloguję o rozwoju, zdrowym stylu życia i pozytywnym podejściu do seksualności. Znajdziesz tu sporo inspiracji, a ja chętnie poznam Cię bliżej! Rozgość się i porozmawiajmy w komentarzach oraz na fanpage'u.

Bezpłatny kurs rozwoju osobistego
Archiwa